RSS
sobota, 10 grudnia 2005
GUD - kronika 1998/99


[kolejna porcja tekstow o GUD]

Groupe Union Défense jest ruchem, który nie stroni od stosowania przemocy w walce z przeciwnikami politycznymi jako środka do osiągania określonych celów. Aby ukazać ten aspekt działalności na konkretnych przykładach jeden z naszych kolegów, William Gerles, zgodził się udostępnić kilka stron z prowadzonych przez siebie zapisków, które przerobił nieco do celów publikacji.

Po skończonych wakacjach dla Czarnych Szczurów rozpoczął się kolejny pracowity rok. Ich pierwsza akcja miała miejsce 8 października 1998 roku na ulicy Vaugirard, gdzie znajduje się aneks wydziału prawa z ulicy Assas. Odbywał się tam tradycyjny dzień otwartych dni ze stoiskami wszystkich organizacji. Problem w tym, że tuż obok mieści się autonomiczne liceum dla zapóźnionych, narkomanów, trockistów, anarchistów i innej trudnej młodzieży, którego dyrektorem jest Gabriel Cohn-Bendit, brat Czerwonego Dany'ego. Rok wcześniej jednemu z uczniów nie spodobał się zawieszony przy stoliku Union Droit czarny sztandar z krzyżem celtyckim i pobiegł po kolegów. Autonomii uniwersytetu przed ponad stuosobową hordą młodych lewaków uzbrojonych w łańcuchy, pałki i noże broniło dwunastu chłopców z GUD, którym udało się wypchnąć przeciwnika z budynku i nawet wejść w odwecie na jego teren. Tym razem z góry zadbano o odpowiednie przyjęcie, a trockistowska hołota ledwo wystawiła czubek nosa, od razu musiała ustąpić pola trzydziestu facetom skandującym ich ulubiony slogan Europa, Młodość, Rewolucja! Dzień zakończył się wspólnym rozdawaniem ulotek i obiadem w stołówce uniwersyteckiej w "domu" czyli na wydziale prawa przy ulicy Assas. Na znak powrotu z wakacji na urzędowej tablicy Union Droit zawisło hasło "GUD czyni wolnym!"

21 października cały ranek spędziliśmy w Pałacu Sprawiedliwości na procesie rewizjonisty Garaudy'ego w oczekiwaniu na syjonistycznych bojówkarzy z Betaru, którzy kilka miesięcy wcześniej już zebrali tam niezłe baty. Niestety tym razem betarim musieli mieć jakieś problemy z mobilizacją, bo nie się pojawili wobec czego kilka osób zdecydowało się wrócić na Assas. Tam czekała na nich miła niespodzianka w postaci rozdających ulotki działaczy lewicowego UNEF-ID. Doszło do demokratycznej dyskusji, którą Le Parisien z 27 października zrelacjonował następująco: "W ostatnią środę, w sam dzień rozpoczęcia roku akademickiego ów tradycyjny bastion studenckiej skrajnej prawicy znów był świadkiem ekspedycji z użyciem przemocy tym razem przeciw działaczom UNEF-ID rozdającym ulotki. Jeden z działaczy tej zbliżonej do Partii Socjalistycznej organizacji został uderzony w twarz i w brzuch, a drugi dostał cztery dni zwolnienia". Kilka dni później jeden z nich paradował dumny jak paw w jednym z popularnych talk-showów jako ofiara terroru skrajnej prawicy. Klepnięty lekko w szczękę pojawił się z opatrunkiem na skroni! Ale kto pojmie anatomię lewaków? Tydzień później po kolejnym zawodzie, który sprawili nieco przereklamowani fighterzy z Betaru, składamy wizytę na Sorbonie. Seans rozdawania ulotek kończy się niecierpliwym pouczeniem co poniektórych, że ich rzucanie na ziemię jest przejawem braku wychowania i bałaganiarstwa. Jeden z nich wykrzywia twarz w tak bolesnym grymasie, że aż łamie mu się szczęka.

29 stycznia. Od kilku dni kierowniczy sowiet przygotowuje obóz szkoleniowy, na którym będzie fotograf i dziennikarz z pisma "L'Echo des Savannes". Wszyscy siedzieli w kafejce na wydziale prawa ustalając ostatnie szczegóły, gdy nagle pojawiła się kilkunastoosobowa grupa o dość złożonym składzie etnicznym w charakterystycznych strojach: dresy, szaliki w kratkę, baseballówki Lacoste'a, szerokie spodnie - jednym słowem subkultura zwana racaille. Co ich tu przyniosło? Prowokacja, bezmyślność czy po prostu ciekawość jak wygląda "faszystowski uniwersytet"? W każdym razie turystyka skończyła się dla nich dość bolesnym doświadczeniem. Reakcja Czarnych Szczurów była całkowicie spontaniczna: po krótkim wyjaśnieniu, że na Assas pewnego rodzaju strój jest źle widziany i że lepiej zwiedzać lewackie Jussieu czy Nanterre, hall zmienił się w prawdziwą arenę cyrkową. Trwało to krótko, bo zamiast prawdziwego starcia doszło raczej do gonitwy. Jako, że tego rodzaju "goście" nie mają w zwyczaju sznurować adidasów, jeden z dosłownie wyskoczył z butów i uciekł na bosaka. Gdy przyjechało pogotowie nie zebrało się nawet na pełną karetkę.

Dzień obozu 31 stycznia zaczął się od tego, że o piątej rano spotkaliśmy się ze starszymi kolegami, którzy zorganizowali plakaty przeciwko PACS czyli projektowi ustawy legalizującej związki homoseksualne. W sympatycznej atmosferze kleiliśmy przez dwie godziny na trasie przemarszu oficjalnej manifestacji przeciw ustawie zorganizowanej przez stowarzyszenia rodzin. Potem każdy udał się na wyznaczone o 10.00 spotkanie. Obóz miał miejsce w starej opuszczonej hali fabrycznej, gdzie w spokoju przećwiczyliśmy ABC walk ulicznych: manewrowanie, walkę w szyku, posługiwanie się pałką, zachowanie wobec różnych przeciwników, wobec policji, szarże itp. Na dziennikarzach widok pięćdziesięciu zamaskowanych facetów w skórzanych kurtkach i czarnych kaskach zrobił spore wrażenie.

W poniedziałek 15 lutego rozpoczęła się kampania wyborcza do samorządu studenckiego wydziału prawa, gdzie chodzi o wymierne rezultaty w postaci kilkuset głosów. Od pewnego czasu obowiązuje demokratyczny kamuflaż: rozdający ulotki przebierają się za grzecznych chłopców, by zdobyć głosy prymusów, flajt i arafatka zostają w domu, by nie zrazić elektoratu tradycjonalistów, dziewczęta zamieniają dżinsy na spódniczki, a wszelkie rękoczyny są surowo zakazane. Zazwyczaj rzadko jednak starcza siły woli, by wytrwać do końca i nie skarcić przykładnie jakiegoś rozzuchwalonego lewaka, który ośmiela się zrywać plakaty lub rzucić ulotkę na ziemię. Tak jest i tym razem. Już pierwszego dnia jeden z nas dostrzegł z pierwszego piętra jak ktoś maże po plakatach, którymi okleiliśmy w nocy całą ścianę po drugiej stronie ulicy. Zbiegł więc by pouczyć go o niestosowności takiego zachowania, ale w ferworze dyskusji na ulicy zatrzymało się auto, z którego wyszło dwu innych kolegów. Nie wdając się w szczegóły uciekli się do nieco bardziej wyrazistych środków perswazji, co skończyło się na tym, że leżący na ulicy antyfaszysta zablokował ruch w obie strony. Biedny student, jak się potem okazało Amerykanin, który naczytał się pewnie jakiś antyrasistowskich broszur, wpadł na głupi pomysł, by wrócić na Assas po południu. Trafił wtedy na innych kolegów, którzy również próbowali udzielić mu lekcji demokratycznej dyskusji. Chyba nigdy nie przeżył tyle, co tego dnia.

Już trzeciego dnia kampanii, w środę 17 lutego, na uczelni pojawiły się obce bojówki. Niezależnie od siebie najpierw zawitała syjonistyczna służba porządkowa Stowarzyszenia Żydowskich Studentów z St Maur, taki napuszony niby-Betar, a potem antyrasistowska grupa SCALP. W tej ostatniej są resztki liczących się fighterów lewicy, zwłaszcza, że występują w niej na gościnnych występach cieszący się pewną renomą anarchiści z CNT. Normalnie syjoniści i skrajna lewica nienawidzą się na śmierć i walczą ze sobą przy każdej nadarzającej się okazji, ale tym razem postanowili jak widać utworzyć wspólny antyfaszystowski front. Razem było ich ponad dwudziestu, którzy ustawili się w szeregu pośrodku hallu gotowi do szarży. Nas było raptem siedmiu, w dodatku - nie licząc jednego nunczaku - zupełnie nieuzbrojonych ze względu na kampanię wyborczą więc nie zaatakowaliśmy od razu. Po kilku minutach tamci wycofali się z hallu, pobili jakiegoś przypadkowego monarchistę i poszli sobie. Natychmiast oficjalna uniwersytecka lewica odcięła się od lewackich bojówek twierdząc, że nie ma z nimi nic wspólnego. Wolne żarty! Tymczasem na Assas zjawiło się kilkunastu zaalarmowanych kolegów. Ruszyliśmy przeczesać dzielnicę w poszukiwaniu nieprzyjaciela, ale tamci widocznie wrócili do swych kwater we wschodnich dzielnicach.

Nazajutrz, widząc naszą wczorajszą reakcję lewacy doszli do wniosku, że być może onieśmielą nas jeśli odpowiedzą nam w języku, który rozumiemy najlepiej. Sprowadzili więc posiłki z zewnątrz, w tym pociesznego grubawego blondyna, który cały czas chodził napuszony w skórzanych rękawiczkach oraz dwu osiłków z organizacji Manifest przeciw FN. Śmiechu było co niemiara, bo dobrze wiemy, co warci są lewicowi fighterzy. Najpierw nasze dziewczyny interweniowały u dyrektorki Assas, żeby Manifest usunąć z terenu uniwersytetu jako organizację obcą, która nie ma prawa rozdawać swoich ulotek. Kiedy upokorzeni dali sobie spokój i ze wstydem poszli na obiad śledziliśmy ich dyskretnie. Niestety, zauważyli nas i mimo, że było nas tylko trzech uciekli w panice. Przed pościgiem w ostatnim momencie schronili się w ekskluzywnej restauracji ocalając w ten sposób skórę i poznając burżuazyjne standardy, co odmieniło im trochę od obskurnych barów, gdzie się zwykle gnieżdżą.

01:18, peintre
Link

W poniedziałek 1 marca postanowiliśmy wcielić w życie przygotowany od pewnego czasu projekt akcji na lokal UNEF. Niestety wybrany wydział był z tajemniczych powodów zamknięty i plan spalił na panewce. Co mamy w zastępstwie? Krótka chwila zastanowienia i już wiadomo - gotowy jest plan akcji na Naukach Politycznych. Oddajmy głos dziennikowi Le Parisien z 3 marca 1999 roku: "Prawica kontra lewica, rywalizacja pomiędzy studenckimi organizacjami z obu kierunków wyraziła się przedwczoraj po południu w Instytucie Nauk Politycznych sceną przemocy. Około 15.30 pięciu członków skrajnie prawicowej organizacji GUD weszło do hallu Nauk Politycznych. Z baseballówkami na głowach i twarzami zakrytymi przez maski chirurgiczne (bzdura, to były zwykłe bandany!) zabrali się za plakaty organizacji SUD i UNEF-ID. (...) Jeden ze studentów z SUD, który usiłował się przeciwstawić został popchnięty, powalony na ziemię i uderzony przez dwóch członków komanda, Jeden z dwu uniwersyteckich woźnych, który też pospieszył na pomoc został uderzony w twarz. Świadkowie mówią o kastecie. Zanim uciekli członkowie komanda rozrzucili w hallu ulotki z krzyżem celtyckim podpisane GUD-Sorbona z hasłem "Lewacy precz z uniwersytetów". Śledztwo prowadzi 6 odział policji śledczej."

W ferworze akcji zarządzamy wielką mobilizację 3 marca i atakujemy Panteon. Nie chodzi rzecz jasna o dawny kościół św. Genowefy, ale o budynek wspólny dla uniwersytetów Paryż II czyli Assas i Paryż IV czyli Sorbony. Celem był zorganizowany przez UNEF-ID kiosk z Le Monde za 5 franków (tzn. 2/3 ceny). Niestety kiosk w tajemniczy sposób wyparował ze swojego miejsca niczym spodek UFO, ale w zastępstwie znaleźliśmy stoisko z kilkuset egzemplarzami antyrasistowskiego pisma Nova Magazine. W ciągu ułamka minuty pisma fruwały po całym hallu czyniąc więcej spektakularnego spustoszenia niż szkody. Taka nagroda pocieszenia.

Na Belgrad zaczynają spadać bomby i wiemy, że musimy zorganizować akcję politycznego poparcia dla oblężonej Serbii. Działamy natychmiast. W trójkę wybiraliśmy się do sklepu, by kupić do planowanej na jutro akcji blokady uniwersytetu osiem metrów łańcucha. Na właścicieli krów ani psów łańcuchowych nie wyglądamy, więc kasjerka patrzyła na nas jak na perwersyjną trójkę sadomasochistów. Nie zraiło nas to i poszliśmy trochę pospać. Snu nie zaznaliśmy od kilku dni, a wieczorem przygotowania do akcji miały trwać dalej. Całą noc spędziliśmy na przycinaniu łańcucha do odpowiednich rozmiarów, dopasowywaniu kłódek i malowaniu transparentu. Wczesnym rankiem 26 marca z gotowymi gadżetami stawiliśmy się przy bramie uniwerku, żeby z pierwszym pracownikiem administracji dostać się do środka, zablokować wszystkie wejścia od środka i zawiesić na frontonie transparent wyrażający solidarność z Serbami. Niestety przed bramą zatrzymał się samochód z kanapkami do uniwersyteckiego bufetu. Czekając zanim odjedzie - bo przecież go nie porwiemy - straciliśmy cenny kwadrans i w tym czasie w pracy zjawili się pierwsi strażnicy z ochrony. W ten sposób przez głupiego dostawcę proserbski transparent nie zawisł na "domu".

By sobie powetować wczorajsze niepowodzenie w sobotę postanowiliśmy wybrać się do kina. Poszliśmy tam w dwie pary trzymając się za ręce, ale w kieszeniach mieliśmy ulotki, miotacz gazu i granat dymny. Romantyczny wieczór miał na celu zagazowanie kina podczas hollywoodzkiego filmu na cześć armii amerykańskiej i rozrzucenie proserbskich ulotek. Po kwadransie od rozpoczęcia seansu rozbrzmiał okrzyk "Kosowo serbskie!", który odtąd spędzał sen z powiek wielu właścicielom kin. Osłupiała obsługa kina nie była w stanie nas zatrzymać, a czekająca na zewnątrz grupa interwencyjna nie była nawet potrzebna. Jedyny problem, że oślepiony gazem wyszedłem na pobliski komisariat, jednak niezawodna partnerka wiarygodnie udawała zakochaną parę i prowadziła mnie pod rękę dopóki nie odzyskałem wzroku. Sukces akcji świętowaliśmy spędzając resztę wieczoru we własnym gronie.

W nocy z czwartku na piątek z 1 na 2 kwietnia podzieliliśmy się na kilka cztero-pięcioosobowych ekip, by pokryć cały cywilizowany Paryż antynatowskimi i antyamerykańskimi graffiti. Ponieważ w naszej grupie była dziewczyna i działaliśmy bez samochodu, dostaliśmy łatwą, jak się wydaje, dzielnicę szesnastą. Okazało się jednak, że i tu tętni wielokulturowe i plurietniczne życie V Republiki. Pięcioro Białych w środku nocy to widok dość niezwykły i stało się: na Trocadero otoczyła nas dość rozochocona horda Arabów. Uspokoił ich trochę widok arafatek i deklarowany antysyjonizm, ale głównie nasze marsowe miny i determinacja. Dzięki temu miotacze gazu, triplexy i inne gadżety zostały na swoich miejscach, a pogotowiu odpadło nieco roboty.

W piątek dowiedzieliśmy się, że Manifest przeciw FN organizuje spotkanie publiczne na tzw. Nowej Sorbonie przy ulicy Censier. Na wielką mobilizację, ani na tradycyjne rozpoznanie, stanowiące żelazny punkt rewolucyjnego BHP nie było zbyt wiele czasu. Sobotnim rankiem 10 kwietnia spotkaliśmy się we dwóch w celu skompletowania ekwipunek: granat made in NRD, miotacz gazu łzawiącego, a w razie gdybyśmy utknęli otoczeni na trzecim piętrze - pistolet na gumowe kule. Okazało się jednak, że jak zwykle przeceniliśmy lewaków. Akcja poszła jak z płatka, ewakuacja bezproblemowo, a w dodatku spotkanie było na temat Kosowa. Najście miało inaugurować cykl akcji pod hasłem "wiosenne porządki", a ponadto chodziło też o zadawnione rachunki z Manifestem, a przypadkowo wyszła nam akcja proserbska, co natychmiast pochwyciła prasa.

Uniwersytet przy ulicy Tolbiac, to więcej niż bastion lewicy, to prawdziwy squat. Wizytę tam planowaliśmy od dawna nie tylko w ramach wiosennych porządków, ale jako odwet za listopadowe fiasko rozdawania ulotek przez studencką młodzieżówkę Frontu Narodowego Renouveau Étudiant, która nie dość, że zakończyła się haniebnym odwrotem, to jeszcze wezwaniem policji, czego prawdziwy NR nigdy nie robi, oraz aresztowaniami. Tak już jest, że musimy dbać o dobre imię całego środowiska NR, nawet tych nieudaczników, którzy na to nie zasługują. 12 kwietnia w poniedziałkowy ranek lewacy różnicę klasy mogli dostrzec gołym okiem. Wtedy biegli oni z tyłu, a teraz z przodu. Wtedy rzucali kamieniami na odległość, a teraz sami zebrali baty z bliskiej odległości. Po tradycyjnym psssst! granatów dymnych na do widzenia, opuściliśmy ten niegościnny gmach we wcześniej ustalonym szyku zbierając po drodze towarzyszy blokujących drzwi.

We wtorek 13 kwietnia zorganizowaliśmy polowanie na lewaków z trockistowskiego liceum na ulicy Vaugirard, z którymi też mamy zadawnione porachunki. Niestety nic z tego nie wyszło, bo tamtejsi uczniowie przychodzą do szkoły jak mają ochotę, a tego dnia akurat nie mieli. Ten tydzień był zdecydowanie pracowity, bo już w środę 14 kwietnia do akcji wkroczyło tajemnicze trzyosobowe komando obrony lasów europejskich zwane też "wesołymi drwalami z Assas". "O 13.30 trzech zamaskowanych osobników wkroczyło do hallu wejściowego. Podczas gdy jedni trzymali w szachu strażników przy pomocy gazu łzawiącego, trzeci osobnik skierował się z siekierą w ręku ku tablicy studenckiego stowarzyszenia do walki ze skrajną prawicą, Asterix. W niecałe pięć minut tablica została doszczętnie porąbana. "To stało się bardzo szybko. Strażnicy nic nie mogli zrobić. Prawie miałam atak nerwowy." -opowiada pewna studentka. "To byli prawdziwi kowboje. W hallu stali faceci na czatach. Byli gotowi dać po gębie pierwszemu, który się poruszył" - dodaje jeden z jego przyjaciół. Po dokonaniu dzieła trzej osobnicy wyszli przez drzwi wyjściowe. Na pożegnanie wrzasnęli "Heil Hitler!" i wykonali nazistowskie pozdrowienie. To podpis, bo nikt tu nie ma wątpliwości, że stoi za tym GUD."Znamy ich. To ciągle ci sami. To nie są studenci z Assas, ale często tu przesiadują" - komentuje jeden ze studentów". Tak pisał Le Parisien z 15 kwietnia 1999 r. zauważając grzecznie, że "od miesiąca czy dwóch aktywiści skrajnie prawicowej grupki GUD powracają w sile. W ostatnią sobotę przerwali spotkanie Manifestu Przeciw FN na temat Kosowa na uniwersytecie Censier. 1 marca pobili przy użyciu kastetu studenta i woźnego na naukach politycznych".

Podobnie jak podczas pierwszego procesu na jesieni nacjonalistyczny dziennikarz Roland Gaucher ponownie poprosił nas o ochronę. W piątek 16 kwietnia miała miejsce druga odsłona procesu i spodziewaliśmy się, że tym razem wpadnie Michel Field, świadek strony przeciwnej, z kolegami. Michel Field, którego ojciec dorzucił sobie "i" w nazwisku, to znany prezenter telewizyjny i były trockista. W burzliwych latach po maju 1968 roku ojciec jednej z naszych dziewczyn spotkał go twarzą w twarz i wsadził mu głowę w kraty. Może będzie pamiętał? W przerwie procesu okazało się, że zapowiadani lewaccy bojówkarze nie przyszli, ale za to mieliśmy okazję pogawędzić z weteranem LVF i dywizji Charlemagne, który zdenerwował się z powodu insynuacji świadka oskarżenia, że francuskie oddziały Waffen SS były używane do akcji oczyszczania zaplecza. "W życiu nie zabiłem najmniejszego żydka!" - podnosił głos wiekowy, ale wciąż energiczny kombatant.

Początek maja upłynął bardzo pracowicie. 1 maja miały miejsce dwa pochody, Le Pena i Megreta, w których nie braliśmy bezpośrednio udziału, ale sprzedawaliśmy tam nasze pismo. Główny wysiłek skupił się jednak na przygotowaniu manifestacji z okazji 9 maja z okazji piątej rocznicy tragicznej śmierci Sebastiana Deyzieu, ofiary policji politycznej. W tym roku obchody miały charakter szczególnie uroczysty. Zamiast tradycyjnego, dość krótkiego przemarszu z wydziału prawa na ulicy Assas na miejsce zdarzenia, postanowiono przejść tą samą drogą, którą pięć lat temu Sebastian uciekał przed policją. W przygotowaniach pomagali nam koledzy z GUD z Nicei. W ramach czasu wolnego i zwiedzania Paryża 6 maja zabraliśmy ich na Nauki Polityczne, gdzie powtórzyli scenariusz sprzed dwóch miesięcy, tym razem bez bredni o "maskach chirurgicznych". Był to rewanż za akcję na nicejskim Wydziale Literatury, którą dali nam przeprowadzić, gdy byliśmy w Nicei w październiku. 9 maja początek ceremonii miał miejsce o godzinie 22 na placu Denfert Rochereau. Majową noc rozświetlały płonące pochodnie niesione w pierwszej linii. Drugi szereg tworzyły czarne flagi z krzyżem celtyckim, symbolem sprawy, za którą Sebastian walczył i oddał swe życie. Za nimi cztery sympatyczne dziewczęta niosły transparent ze znanym motywem tarczy strzelniczej - nawiązanie do toczącej się wojny, w której USA bombardowały ostatni europejski bastion oporu wobec nowego światowego porządku. Na miejscu, przed kamienicą, zktórej dachu spadł nasz towarzysz w świetle dopalających się pochodni przemawiał Fred Chatillon, legendarny szef GUD z początku lat 90-tych oraz Bruno Racouchot, były szef gabinetu Le Pena i autorytet moralny dla wszystkich młodych NR.

20 maja postanowiliśmy złożyć kolejną wizytę kurtuazyjną na Sorbonie. Tym razem wszystko miało przebiec w spokoju. Ustawiliśmy się w bramie wejściowej, nasze dziewczęta zaczęły sprzedawać wydawane przez nas pismo, a faceci stali w odwodach na wypadek gdyby któremuś z lewaków przyszło do głowy je zaczepiać. Już samo nasze pojawienie się wzbudziło emocje i bieganinę. Najpierw odbiegli rozdający ulotki marksiści, żeby się schronić w budynku. Potem umundurowani strażnicy rozbiegli się w poszukiwaniu swych kolegów, których udało się zmobilizować aż dwunastu. Kiedy już odseparował nas ochronny kordon zaczęli schodzić się lewacy. W grupie około pięćdziesięciu poczuli się silni i urządzili sobie spontaniczny wiec antyfaszystowski ze sloganami i "Międzynarodówką". My jednak śpiewaliśmy głośniej i bardziej fałszując, co przerwało happening. Po trzech kwadransach, kiedy na miejscu zjawiły się i władze uniwersyteckie i jawna oraz tajna policja znudziło nam się i poszliśmy razem do "domu" przy ulicy Assas.

4 czerwca jeden z naszych kolegów miał stanąć przed sądem za antysemityzm i cała żydowsko-lewicowa koalicja z Assas wezwała do przyjścia na proces. Nie mogło zabraknąć i nas na wypadek gdyby betarim udało się jednak zmobilizować. Próżne obawy - były tylko czujki Betaru, które doszły do wniosku, że "jest nas pięćdziesięciu i wyglądamy groźnie", jak zameldowali przez telefon. Musieli oni ewakuować się samochodem z kawiarni, przed którą zgromadziliśmy się po procesie. Spontaniczna reakcja z naszej strony doprowadziła do tego, że cała karoseria i szyby w eleganckim BMW były do wymiany, jak również pewne części układu kostnego jego pasażerów. W ten sposób walczymy z bezrobociem i tworzymy nowe miejsca pracy. Po policjantach, zomowcach, tajniakach, sędziach, ochroniarzach, dentystach, chirurgach, pielęgniarzach, kierowcach karetek przyszła kolej na blacharzy i lakierników.

01:08, peintre
Link
niedziela, 04 grudnia 2005
Europa, Młodość, Rewolucja!

Occident, my wszyscy z niego

Ponad trzydzieści lat temu na ulice Dzielnicy Łacińskiej wyległo 40 tysięcy studentów podejmując próbę rewolty przeciw zastanemu porządkowi społecznemu. Co prawda zdecydowana reakcja Systemu szybko położyła jej kres, ale rewolucyjny entuzjazm został skutecznie skanalizowany przez liderów dając początek marszowi przez instytucje. Dziś można powiedzieć, że odnieśli całkowity sukces, a stereotyp każe widzieć w wydarzeniach maja 1968 roku mit założycielski współczesnej europejskiej socjaldemokracji. Jednak nie do końca jest prawdą, że lewica, skrajna czy umiarkowana, była jedynym aktorem w burzliwej końcówce lat sześćdziesiątych, a antysystemowa akcja rewolucyjna - wyłącznym dziełem długowłosych trocko-maoistów. Swój udział w tym fragmencie historii mieli też młodzi ludzie z przeciwnej strony barykady, którzy zwalczali zarówno lewacką opozycję, jak i ustrój demoliberalny. Jeszcze przed majem 1968 roku istniał masowy ruch o charakterze nacjonalistycznym, gdzie karierę zaczynało wiele znanych osobistości życia politycznego, m. in. przyszły minister telekomunikacji, a w latach 90-tych przewodniczący Partii Republikańskiej Gerard Longuet, przyszły minister przemyslu Partick Devedjian, przyszły minister i lider Demokracji Liberalnej Alain Madelin, a także znany nacjonalistyczny dziennikarz François Duprat, który zginął 18 marca 1978 roku w wyniku wybuchu podłożonej w jego samochodzie bomby.

Ruch Occident powstaje w 1964 roku, a zakłada go grupa młodych dysydentów z kierowanej przez Dominique Vennera organizacji Europe-Action. Przyjmują za swój symbol krzyż celtycki i postanawiają wydać lewicy walkę na ich własnym polu, to znaczy na ulicy. Programowo odrzucają współpracę z "dorosłymi" grupami narodowymi i choć przed wyborami prezydenckimi w grudniu 1965 angażują się w pomoc przy kampanii Tixier-Vignancoura, wspólnego kandydata opozycji narodowej, to jednak zawsze stawiają na młodzież. Chociaż Occident nie może konkurować z lewicą pod względem liczebności, gdyż np. w Paryżu nigdy nie przekracza liczby kilkuset działaczy, to nadrabia to wojowniczością i determinacją. Do historii przeszły straceńcze wypady na bastion Cohn-Bendita czyli campus w Nanterre albo zdemolowanie centralnej siedziby Francuskiej Partii Komunistycznej w dziesiątą rocznicę wydarzeń w Budapeszcie. Przez kilka lat na ulicach Paryża i prowincji toczy się regularna wojna nie tylko na kije, kastety i łańcuchy, ale także butelki z benzyną i prawdziwe bomby. Niestety, jak na gust władz wybuchają one nieco zbyt często i kiedy 28 października w powietrze wylatuje maoistowska księgarnia kilka dni później Rada Ministrów rozwiązuje Occident. W ten sposób skrzydła ruchu zostają podcięte, a niesamowity wzlot ku zwycięstwu - przerwany.

GUD, początek mitu

Nieformalny lider ruchu, Alain Robert dochodzi do wniosku, że konieczna jest zmiana taktyki. W tym czasie reforma szkolnictwa wyższego upolitycznia uniwersytety zaprowadzając tam wybory do samorządów studenckich, a więc de facto system wielopartyjny. Po maju 1968 roku lewica jest wszędzie hegemonem i dysponuje kilkoma prawdziwymi bastionami, jak Nanterre lub Censier. Nacjonalistom skromność sił nie pozwala na wojnę na kilku frontach, a zatem postanawiają skoncentrować się na jednym uniwersytecie, by uczynić z niego zaplecze dla obecnych działań i bazę dla ewentualnej przyszłej ekspansji. Wybór pada na wydział prawa przy ulicy Assas, gdzie sytuacja wygląda najmniej niekorzystnie. "Banda Roberta" to mniej więcej dwudziestoosobowa grupa byłych działaczy Occident (wśród nich Jack Marchal, Alain Madelin, zmarły tragicznie w 1994 r. Robert Allo, Gerard Ecorcheville, Hugues Leclère), a także autonomiczna i niezależna grupa młodych nacjonalistów z XV dzielnicy, a wśród nich Bruno Schaeffer i Jacques Arnould. Nowa struktura nazwana zostaje Union Droit, a program pióra Gerarda Longueta jest dość spokojny i wyważony. Tamtejsza lewica, z właściwą sobie krzykliwością zarzuca, że to kolejne wcielenie faszystowskiej hydry, o której z pogardą mówią "grupa Union Droit". G.U.D.? GUD - skrót brzmi całkiem nieźle i zostaje przyswojony przez samych zainteresowanych przechodząc w ten sposób do historii. Dzień wyborów 25 lutego 1969 potwierdza obawy lewicy. Wynik 16 % stanowi legitymację demokratyczną, a walna bitwa w hallu zaraz po ogłoszeniu wyników, która przeradza się w kilkudniowe zamieszki z przerwami - legitymację realną. To prawda, że pozycja liczebna nacjonalistów wobec przytłaczających sił marksistów, których w razie potrzeby towarzysze wzywają z okolicznych uniwersytetów i liceów, jest słaba. Atutem jest natomiast to, że ich nonkonformizm, obrona wolności słowa, wrodzone poczucie humoru oraz zamiłowanie do wygłupów i zabawy zjednują im sympatie studentów neutralnych i apolitycznych. Tak jest zresztą do dziś; jeśli przez trzydzieści lat Assas pozostał uniwersytetem solidnym, spokojnym i na poziomie, a jego dyplomy mają dziś rzeczywistą wartość, to jest to w dużej mierze zasługą Czarnych Szczurów, które zapobiegły jego degradacji stawiając tamę wszechwładzy lewicy, a więc nieustannym strajkom, wiecom i manifestacjom pod byle pretekstem.

Pod koniec lat pięćdziesiątych w piśmie "Tintin" ukazuje się komiks pt. Chlorofil przeciw Czarnym Szczurom autorstwa znanego belgijskiego rysownika Raymonda Macherota. Jego bohaterami, negatywnymi rzecz jasna, są Czarne Szczury żyjące w swego rodzaju anarchicznej dyktaturze pod wodzą króla Antracyta. Nacjonaliści jeszcze w czasach Occident w naturalny sposób utożsamili się z wojowniczą hordą. Gdy zatem w okresie najbardziej zaciętych walk o Assas pojawia się pomysł, by na przydzielonej tablicy w hallu redagować codzienną ilustrowaną kronikę wydarzeń, GUD występuje w nim właśnie jako wataha owych sympatycznych gryzoni. Kilka lat później rysujący je Jack Marchal, skądinąd do dziś aktywny w środowiskach NR, zamieszcza w piśmie Alternative komiksową historię podboju ulicy Assas w odcinkach pt. Przeklęte Szczury. W ten sposób Czarny Szczur staje się na zawsze znakiem rozpoznawczym i symbolem GUD na równi z krzyżem celtyckim. Odtąd zawsze towarzyszy młodym NR stając się nawet towarem eksportowym. Gości między innymi we włoskim piśmie Voce della Fogna, a jego wizerunkiem posługują się także flamandzkie korporacje nacjonalistyczne.

05:10, peintre
Link

Ordre Nouveau, burzliwe lata

W tym czasie obraz "dorosłej" prawicy narodowej we Francji nie rysuje się różowo. Od czasu kandydatury Tixier-Vignancoura jest rozbita i rozproszona, a zjednoczenie wszystkich istotnych sił wokół komitetów TV jest już tylko wspomnieniem. W takiej to sytuacji młodzież postanawia wtrącić swoje trzy grosze: Alain Robert i jego banda, zachęceni powodzeniem na polu studenckim, wypuszczają się na szerokie wody "poważnej polityki". Ich zamiarem jest stworzenie szerokiego ruchu o charakterze narodowo-radykalnym, który nie powtórzy błędów Occident. Aby pozyskać jakiś autorytet moralny nawiązują kontakt z mecenasem Jean-François Galvaire, który właśnie ma zamiar odejść od Tixier-Vignancoura oraz uzyskują pomoc François Duprata, urodzonego lidera i ideologa. Pierwszy mityng organizują 10 grudnia 1969 r. w małym kinie Saint Lambert w XV dzielnicy. Niestety, o drugiej w nocy kinem wstrząsa wybuch i nazajutrz mecenas Galvaire zmuszony jest przemawiać na zewnątrz, nad kraterem po bombie. Jednak kości zostały rzucone i Ordre Nouveau, bo taką nazwę przyjął nowy ruch, nabiera rozpędu. Cóż z tego, kiedy System postanawia zareagować. Pierwszy mityng przewidziany na luty 1970 pod hasłem "Europo zerwij kajdany!" zostaje zakazany; korzyść jest jedynie taka, że plakaty pokrywają cały Paryż i ulica mówi tylko o nowej formacji. Sukces odnosi natomiast następny mityng pod pomysłowym hasłem: po 13 maja 1958 gaullistowskim i 13 maja 1968 lewackim, teraz czas na nacjonalistyczny 13 maja. W sali gromadzi się ponad 4000 osób, z czego dwie trzecie ma poniżej 25 lat, co napawa nadzieją na przyszłość. Z tej serii odnotować należy ponadto manifestacje poparcia dla Polski w grudniu 1970 roku, a zwłaszcza sławetny mityng z 9 marca 1971 na Porte de Versailles zakończony wielką bitwą. W otoczonym przez zmasowane lewackie bojówki Pałacu Sportów gromadzi się kilka tysięcy widzów, by wysłuchać liderów ON prezentujących kandydatów w wyborach lokalnych. W tym czasie licząca 500 osób ochrona mityngu, uzbrojona w metalowe drągi, kaski i tarcze musi wielokrotnie wychodzić na zewnątrz, by odpierać ataki marksistów i pozwolić zainteresowanym dotrzeć do oblężonego Pałacu Sportów, a wszystko to pod obojętnym okiem policji.

GUD bawi się w poważną politykę - jest motorem Ordre Nouveau, rozkleja plakaty i organizuje mityngi - ale jednocześnie nie zapomina o zapewnieniu sobie całkowitej kontroli nad Festung Assas. Studencka lewica nie chce bowiem dać za wygraną i nosi się z zamiarem wykurzenia za wszelką cenę Czarnych Szczurów z gniazda. Oni jednak bardzo przywiązali się do nowego domu i nie mają zamiaru oddać pola. Efektem są regularne bitwy między nacjonalistami, a marksistowskimi bojówkami z Nanterre na gościnnych występach, w tym największe 9 lutego i 6 marca 1970. Wizyty lewaków są nawet dość częste, ale zawsze trwają zbyt krótko. Dopóki marksiści nie pójdą po rozum do głowy i nie dadzą za wygraną atmosfera będzie napięta. Na początku lat siedemdziesiątych nikogo nie dziwi, że niektórzy studenci zamiast książek i zeszytów przynoszą na wykłady raczej kaski i pałki. Wtedy właśnie pomalowany na czarno kask motocyklowy z białym krzyżem celtyckim i poręczne nunczaku wchodzą w skład nacjonalistycznego niezbędnika. W następnym roku akademickim 1970/71 ekspansja na inne uniwersytety w Paryżu, regionie paryskim i na prowincji sprawia, że lokalna Union Droit przemianowuje się na bardziej uniwersalną Groupe Union Défense, pod którą to nieformalną nazwą trwa do dziś i miewa się dobrze.

Front Narodowy, szczurza robota

Wiosną 1972 silny swoimi sukcesami Ordre Nouveau uznaje, że czas już przystąpić do realizacji pierwotnego projektu i zamierza przekształcić się w solidną i ustrukturowaną partię opozycji narodowej na wzór włoskiego MSI. Alain Robert z kilkoma kolegami wybiera się do Włoch w celu uzyskania wsparcia finansowe. Ponieważ zachodzi obawa, że Giorgio Almirante może odnieść się nieufnie do młodych ludzi ubranych w czarne skórzane kurtki, za listek figowy zgadza się posłużyć książę Xavier de Bourbon-Parme. Włoskiemu liderowi projekt przypada do gustu i delegacja wraca do Francji z walizką wypchaną banknotami. Na drugim kongresie w dniach 10 - 11 czerwca rzucony zostaje projekt utworzenia szerszej formuły na mające odbyć się za rok wybory parlamentarne. Zamiarem jest skupienie całej opozycji narodowej pod egidą ON, ale potrzebny jest niekontrowersyjny lider, którego znajdują w osobie byłego posła poujadystów i zdolnego organizatora kampanii prezydenckiej komitetów TV, Jean-Marie Le Pena. W ten sposób 5 października 1972 powstaje Front Narodowy, którego symbolem staje się trójkolorowy płomień, ściągnięty przez Alaina Roberta z letnich obozów MSI. Młodzież, radykalna i nieufna, nie podchodzi do nowego pomysłu sprzymierzania się ze "starymi" ze zbyt wielkim entuzjazmem i bardzo szybko dochodzi do rozłamu. Partice Janeau, szef GUD z Assas i prawdziwy lider rewolucyjny, bez ogródek twierdzi, że zbiorowisko reakcjonistów jakim jest FN nie ma nic do zaoferowania sprawie NR. W ten sposób niezadowoleni dają początek GAJ (Groupe Action Jeunesse), przejmują dziedzictwo Czarnych Szczurów i kontynuują radykalne działania w środowisku studenckim. Politycznie związują się z solidarystami i jako ich młodzieżówka rozpoczynają rywalizację z lojalnym wobec Ordre Nouveau GUD o rząd dusz wśród młodych nacjonalistów. Różnice są przecież czysto taktyczne, ale idee te same. Wszystko idzie w najlepsze, jednak niespodziewanie następuje prawdziwy cios w plecy. Po wywołanych 21 czerwca 1973 roku przez lewackie bojówki zamieszkach prawicowy minister spraw wewnętrznych postanawia rozwiązać wszelkie nieformalne grupy zbrojne. By uniknąć oskarżeń o prześladowanie lewicy wykonuje tradycyjne cięcie po skrzydłach: zdelegalizowana zostaje trockistowska Liga Rewolucyjna oraz oskarżany o faszyzm ON.

Z PFN do władzy?

Ten piorun z jasnego nieba odbija się również na jedności ruchu narodowego. Le Pen i jego sympatycy korzystają z okazji i usuwają z władz Frontu Narodowego osłupiałych reprezentantów rozwiązanej organizacji. Ich pragnieniem jest, by strukturę powołaną przez ON na okoliczność wyborów wykorzystać do stworzenia tego, co nie udało się kilka lat wcześniej komitetom TV - jednolitej i jedynej poważnej partii masowej, poza którą w opozycji narodowej nie będzie miejsca na żadną inną siłę. Zaskoczonym sympatykom ON i innym, którzy nie podzielają nowej linii pozostaje tylko jedno: wystąpienie z własnej, wymyślonej i powołanej przez siebie struktury. Wniesiony do niej przez ON sprzęt poligraficzny, lokale i nazwa pozostają w rękach zwolenników Le Pena, ale odchodzi gros zwykłych działaczy, którzy tworzą komitety Faire Front. Dają one w 1974 roku początek nowej Partii Nowych Sił (Parti des Forces Nouvelles - PFN). Na jej czele staje Pascal Gauchon, a GUD staje się de facto młodzieżówką PFN. W latach 1974 - 1975 narodowi radykałowie ulegają złudzeniom wyobrażając sobie, że PFN może stać się partią władzy, jako "czwarta noga oficjalnej prawicy". W tym okresie demokratycznym złudzeniom wydają się ulegać także szefowie nowego pokolenia GUD, który znów się odrodził po fatalnym roku 1973. Postanawiają oni zmienić linię proklamując oficjalnie odejście od polityki terroru, która stosowana do tej pory konsekwentnie w środowisku studenckim i młodzieżowym przynosiła niezłe wyniki. Na szczęście politykierski marazm nie trwa długo i już wkrótce prasa znów dudni od sensacyjnych doniesień, że oto GUD szarżuje na tłum marksistów przed samymi bramami Pałacu Sprawiedliwości. Okazją jest proces, który lewica wykorzystuje, by dać odór faszyzmowi. Przed sądem za użycie przemocy stają dwaj słynni liderzy Czarnych Szczurów z początku lat siedemdziesiątych, Jean-Pierre Emié oraz Jean-François Santacroce, z których pierwszy jest dziś wziętym adwokatem i radnym regionu Ile-de-France, a drugi radnym XIV dzielnicy w Paryżu. Poza tradycyjną wojną z lewicą w terenie trwa rywalizacja z Frontem Narodowym, którego dynamiczny, ale i arogancki przywódca widzi się w roli zjednoczyciela rozbitej prawicy. 14 grudnia 1977 roku Le Pen postanawia zorganizować mityng na wydziale prawa, czyli na terytorium GUD. Jednak zamiast spodziewanych uczestników w amfiteatrze zastaje obłoki gazu łzawiącego, a w hallu - grupę z Alainem Robertem i Rolandem Gaucherem. Zażarta dyskusja trwa kilka godzin i cudem tylko nie dochodzi do konfrontacji siłowej. Nacjonalistyczna kronika wzbogaca się w ten sposób o kolejną anegdotę.

Dyskomfort moralny takich typowych dla dorosłej prawicy przepychanek kompensuje udział w poważnej inicjatywie politycznej. W kwietniu 1978 podjęta zostaje pierwsza próba federacji europejskich partii nacjonalistycznych od czasów Europejskiego Ruchu Społecznego i kongresu w Malmö w 1951 roku. Struktura pod nazwą Europrawica łącząca PFN, hiszpańską Fuerza Nueva i włoski MSI ma wystartować w pierwszych wyborach do Parlamentu Europejskiego pod kierownictwem takich figur, jak Blas Pinar i Giorgio Almirante. Współpraca międzynarodowa owocuje również w inny sposób. Po zamachu na dworcu w Bolonii w 1980 roku we Włoszech trwa prawdziwe polowanie z nagonką na nacjonalistów, którzy setkami lądują w aresztach. W związku z tym we Francji konspiracyjnie przebywają Włosi z Terza Positione, a dla co poniektórych towarzysze z GUD organizują nawet przerzut do Anglii. Ma to tę dobrą stronę, że ich doświadczenia i ideologia radykalizują cały ruch. Wszyscy zaczynają wyczekiwać jakiejś rewolucji, a przynajmniej namiastki akcji rewolucyjnej. Wkrótce okazję do podjęcia radykalnych działań niekorzystny projekt reformy egzaminów na wydziale prawa przy ulicy Assas, gdzie 28 kwietnia 1981 komitet studentów ogłasza strajk, pierwszy od dwunastu lat. W obronie praw studentów staje GUD, Federacja Studentów Nacjonalistycznych oraz Korporacja, jednym słowem - sama prawica. Akcja protestacyjna rozpoczyna się wczesnym rankiem i trwa do południa, gdy dziekan wprowadza policję. Po wielkiej bitwie w hallu działania przenoszą się na ulicę i trwają do wieczora.

Kilka tygodni później François Mitterand zostaje wybrany prezydentem i przed oczami staje widmo odwetu pijanej władzą lewicy. Nacjonaliści mają jeszcze w pamięci sposób w jaki System rozprawił się z Occident i Ordre Nouveau. W obawie przed rozwiązaniem Frontu Młodzieży, młodzieżówki PFN, a może nawet GUD, postanawiają uprzedzić to, co wydaje się nieuniknione i tworzą równoległą strukturę pod nazwą Renouveau Nationaliste. Obawy okazują się przedwczesne, ale nowa firma ma okazję sprawdzić się przy okazji kolejnej fali protestów studenckich. Socjalistyczny minister Savary przygotowuje wtedy projekt reformy szkolnictwa wyższego w duchu całkowitego egalitaryzmu, który znosi praktycznie mechanizmy selekcyjne, co prowadzi do dewaloryzacji dyplomów. 27 kwietnia 1983 ma miejsce w Paryżu kilkutysięczna manifestacja przeciwko reformie zakończona niezwykle brutalną interwencją policji, co powtarza się 24 maja z udziałem 15 tysięcy studentów. Ta skala nie przeraża nacjonalistów którzy są w swoim żywiole. W wielu miastach udaje im się wejść do komitetów protestacyjnych, a gdzieniegdzie nawet przejąć nad nimi kontrolę stając się współorganizatorami ruchu. Natomiast na ulicy ich dominacja nie podlega dyskusji. Policji dobrze zapada w pamięć obraz całkiem skutecznych facetów w czarnych kurtkach, a ówczesny charyzmatyczny lider GUD, Charles-Henri Varault, trafia do prasy, a nawet staje się bohaterem książki.

05:09, peintre
Link

Trzecia Droga, wciąż gdzieś z kimś

PFN, która początkowo miała poważne szanse stania się czymś na wzór włoskiego MSI przegrywa rywalizację z Frontem Narodowym Le Pena. W 1981 roku Pascal Gauchon wycofuje się z życia politycznego (dziś jest dyrektorem jednej z najlepszych klas przygotowawczych do konkursów na Nauki Polityczne), a niedługo potem Alain Robert odchodzi do CNI. Inni kontynuują działalność pod starą nazwą, ale młodych to nie pociąga. W takiej sytuacji na początku lat osiemdziesiątych następuje naturalne zbliżenie z Ruchem Nacjonalistyczno-Rewolucyjnym (Mouvement Nationaliste-Révolutionnaire - MNR), który odnosi wówczas spore sukcesy. Jego szefem jest charyzmatyczny Jean-Gilles Maliarakis, a ideologią terceryzm czyli trzecia droga między liberalnym kapitalizmem, a marksistowskim socjalizmem. GUD i MNR wspólnie przeprowadzają ostatnie akcje antykomunistyczne (mityng 10 listopada 1984 r. pod hasłem "Rozdepczmy stalinowskie robactwo"), a następnie również wspólnie rozpoczynają swoistą reorientację ideową. Naiwny nieco i prosty antykomunizm lat Wietnamu i maja 68 zostaje odłożony na bok i zastąpiony przez identytaryzm czyli obronę tożsamości narodowej i kulturowej przed zagrożeniami wszelkiego rodzaju, ze Wschodu i Zachodu. W modzie jest solidarność z walczącymi o wolność narodami Europy, ale także trzeciego świata, a ulubione tematy to Afganistan, Palestyna, Irlandia i amerykańscy Indianie. W latach 1984 - 1985 GUD współpracuje z tercerystowską młodzieżówką Jeune Garde, a 9 listopada 1985 wspólnie z MNR i resztkami PFN tworzą organizację pod nazwą Trzecia Droga (Troisieme Voie). Jej niewątpliwą zasługą jest to, że staje się prawdziwą kuźnią kadr dla ruchu NR, a nawet dla Frontu Narodowego. Organizując w ciągu kilku lat istnienia liczne manifestacje, w tym doroczne święto Joanny d'Arc, wydając pisma, rozdając ulotki etc. udaje jej się uformować sporą liczbę nacjonalistycznych działaczy i organizatorów.

We Francji rządzi wówczas centroprawica i minister oświaty Devaquet przygotowuje kolejną reformę, znoszącą socjalistyczną ustawę Savary'ego. Tym razem na ulicę wylega lewica, a dla Czarnych Szczurów jest to kolejna okazja, by bronić specyfiki ulicy Assas. Na frontonie wydziału prawa pojawia się wielki transparent: "Nie strajkowi!", a w kafeterii na parterze znów pojawiają się akcesoria do walk ulicznych. 21 listopada 1986 roku lewackie bojówki z przechodzącej niedaleko bulwarem Monparnasse manifestacji postanawiają przełamać opór łamistrajków. Na ulicy Bara linia chłopców z GUD uzbrojonych w pałki i kaski motocyklowe zagradza drogę kilkusetosobowej hordzie trockistów, anarchistów, punków i innych Red Warriors. Bitwa trwa kilka godzin, po obu stronach są ranni, ulicę pokrywają rozmaite szczątki, szkło z rozbitych butelek i płonące koktajle Mołotowa. Świadkowie i uczestnicy nie zdają sobie sprawy, że to ostatnia walka uliczna na taką skalę.

GUD lat 90-tych, nareszcie sami

Ze świeżymi ideami GUD końca lat osiemdziesiątych łapie też nowy oddech. Na jesieni 1988 roku przypadają jego dwudzieste urodziny i z tej okazji 20 grudnia ma miejsce wielki mityng, który dowodzi, że GUD jest w stanie przyciągać młodzież. Potwierdza to sukces manifestacji z 4 marca 1988 roku pod hasłem "Nie będziemy Palestyńczykami Europy" (ponad 500 uczestników), pierwszej w dziejach francuskiego ruchu nacjonalistycznego o obliczu wyraźnie antysyjonistycznym. Ówczesny szef, legendarny William Bonnefoy - jedyny, który stawił czoła samemu Batskinowi - postanawia zatem wyjść z Trzeciej Drogi, tym bardziej, że z doskonałej formuły pozwalającej na wspólne akcje przy zachowaniu specyfiki każdego powoli wyradza się ona w organizację coraz bardziej hegemoniczną. Czarne Szczury uważają, że zamykanie się w sekcie oraz systematyczne atakowanie Frontu Narodowego jest sterylne i bezsensowne. Na domiar wszystkiego TV organizuje w tym czasie wspólny wiec wszystkich nacjonalistów, na który GUD nie jest nawet zaproszony. Postanawia zatem wziąć dosłownie hasło mityngu - wolność słowa trzeba sobie wywalczyć - i przychodzi nań w grupie, co kończy się konfrontacją i ostatecznie zamyka okres współuczestnictwa rozpoczynając okres samodzielności. Ten rys znamienny jest dla całej nowej generacji, która przejmuje pałeczkę po Williamie Bonnefoy. W latach 1990 - 1995, gdy szefami są Frederick Chatillon, Jildaz Mahé i Pierre Oldoni wszyscy chcą tylko jednego - wybić na niezależność, stać się samodzielnym podmiotem politycznym i grać według własnych reguł. Każdy jest przekonany, że GUD może zdobyć się na odegranie jakiejś roli, a nie być skazanym na wieczne bycie czyimś sojusznikiem, albo czyjąś młodzieżówką. Rewolucyjny potencjał młodzieży w połączeniu z mitem Czarnego Szczura stanowi potężną mieszankę, która zasługuje na coś lepszego, niż wykorzystanie do realizacji doraźnych interesów politycznych tego czy owego.

Ówczesne pokolenie nie może narzekać na nudę, a emocji nie brakuje. Po pierwsze, na Bałkanach, w sercu Europy, wybucha prawdziwa wojna. Jak ktoś powiedział, każda generacja ma swoją wojnę w Hiszpanii. W latach siedemdziesiątych jest to Liban, potem dżungla birmańska, a ostatnie pokolenie walczy w szeregach brygad międzynarodowych lub HOS w Chorwacji. Odtrotnie niż w Libanie czy w Indochinach nie ma męczenników, ale mit zostaje utwierdzony przez opowieści, zdjęcia i chorwackie plakaty, w tym jeden odklejony ze ściany w Vukowarze na kilka godzin przed wejściem wojsk serbskich. Po drugie, kluczowym momentem roku 1992 jest referendum na temat Maastricht oraz dynamiczna kampania Frontu Narodowego na rzecz "nie". Organizowane przezeń mityngi i spotkania atakowane są przez młodych lewicowców, którzy po kilku latach nieobecności wyłażą z jakiejś dziury. Lewica ? I do tego bojowa? Gdzież to się do tej pory chowali? Lepszej okazji nie można sobie wyobrazić. GUD towarzyszy od czasu do czasu spotkaniom Le Pena, a w Chartres oddaje mu niedźwiedzią przysługę dając krwawą nauczkę lewakom, którzy manifestują przed salą, gdzie odbywa się wiec. Prasie nie podobają się pałki i metalowe kulki do procy i znów huczy o faszystowskiej przemocy. Za szczyt i kulminację tego okresu należy uznać manifestację pod hasłem "1944 - 1994. 50 lat amerykańskiego imperializmu" zorganizowaną 6 czerwca 1994 roku jako odpowiedź na obchody 50-tej rocznicy lądowania aliantów w Normandii, które rozmiarami i pompatycznością przekraczają najbardziej wymyślne sowieckie uroczystości ku czci Armii Czerwonej. Jednak prefektura w ostatniej chwili bezprawnie wycofuje zezwolenie, a na miejscu napływających nieświadomych niczego uczestników otaczają trzy kompanie CRS (francuskiego ZOMO) w pełnym uzbrojeniu. Z okrążenia wyrywa się tylko drobna grupa, która decyduje się przypuścić szarżę przerywając policyjny kodron, a stu kilkunastu innych manifestantów zostaje aresztowanych. W tym samym czasie w okolicznych uliczkach na odizolowane osoby polują zorganizowane bojówki policjantów w cywilu. Na jedną z takich ekip trafia dwudziestodwuletni Sebastian Deyzieu. Dramatyczny pościg kończy się na dachu jednej z kamienic, skąd spada na bruk bez przytomności. Gdy dwa dni później umiera w szpitalu wszystkich ogarnia furia. Następuje szereg demonstracji i manifestacji, budynek wydziału prawa zostaje zajęty na cały dzień przez protestujących. Takiej mobilizacji w środowisku NR nie było od dawna; do protestu przyłącza się nawet Front Narodowy, a zwłaszcza jego młodzieżówka - FNJ. Kilkudziesięciu nacjonalistów z różnych ugrupowań zajmuje siłą na kilka godzin studio popularnego radia młodzieżowego, by złamać milczenie oficjalnych mediów, a w tym samym momencie inna grupa okupuje siedzibę rady departamentu Haut-de-Seine, której przewodniczącym jest odpowiedzialny za śmierć Sebastiana minister spraw wewnętrznych Charles Pasqua, z żądaniem jego dymisji. Tego już dla Systemu za wiele: miesiąc później UDEA, ówczesna ekspozytura GUD, zostaje rozwiana przez dziekana Assas, kilku działaczy trafia pod różnymi pretekstami na parę miesięcy do więzienia, a część wyjeżdża na parę lat do Afryki. Może wydawać się, że Czarny Szczur zapadł w letarg.

Dziś czyli jutro

Jednak GUD zawsze odradza się jak Feniks z popiołów. Wystarczy drobna iskierka, o której mówił Degrelle, a zawsze pojawią się nowi liderzy i nowi działacze, którzy wsparci radami starszych przywrócą blask legendzie. Obecne pokolenie funkcjonuje od roku szkolnego 1996/97 czyli od trzech lat. Są godnymi następcami swych poprzedników: organizują akcje, stają do wyborów do samorządów studenckich, zajmują się formacją polityczną, wydają własne pismo. Ich wielkim problemem jest to, że są praktycznie bez wrogów. Nieliczni lewacy zapalili się na śmierć kiepską trawą i poza drobnymi grupkami aktywistów antyrasizmu nie ma już nikogo, kto mogłoby dotrzymać placu, nawet przy dużej przewadze liczebnej. Jeśli chodzi o Betar, to częściowo jest rozbity przez MSW, którym kieruje antysyjonistyczny minister Jean-Pierre Chevenement, a częściowo wyjechał na terytoria okupowane strzelać do palestyńskich kobiet i dzieci. Fighterzy z syjonistycznych bojówek, których czasem udaje się spotkać biegają zbyt szybko, by można było o nich powiedzieć coś bliżej. Natomiast wielkie postępy poczyniła policja, zbrojne ramię systemu. Dzięki postępowi informatyki i telefonii komórkowej działa dziś o wiele skuteczniej, niż kilka lat temu, co zmusza do na pewnym szczeblu do zmian pewnych form działania i do o wiele bardziej rygorystycznego przestrzegania zasad rewolucyjnego BHP. Wynika stąd, że o pewnym rodzaju działalności można napisać ze szczegółami dopiero, gdy nastąpi przedawnienie.

Dziś GUD ma wszelkie atuty w ręku, po jego stronie jest młodość ruchu, spontaniczność i buntowniczość, ale także i trzydziestoletnie doświadczenie. Marzenie o całkowitej niezależności stało się faktem. Co więcej zanik radykalnych grupek oraz uwiąd młodzieżówek oficjalnych partii narodowych, a zwłaszcza Frontu Narodowego Le Pena i Ruchu Narodowego Megreta, sprawia że dziś GUD jest hegemonem i sam dyktuje warunki gry. Wszyscy zabiegają o jego poparcie, szanują i podziwiają ze względu na otaczający go mit, a jednocześnie nienawidzą za niezależność i anarchiczność. Nigdy wcześniej tak prawdziwe nie było hasło "Przyszłość należy do nas!".

05:07, peintre
Link
GUD czyli krótki traktat o Czarnych Szczurach

Prawicowi anarchiści czyli organizacja

> młodość: Jeśli GUD często określa się mianem enfant terrible lub brzydkiego kaczątka francuskiego nacjonalizmu, to przede wszystkim dlatego, że od początku do końca jest dziełem młodzieży. Tworzą go wyłącznie ludzie młodzi, głównie studenci, ale także licealiści, młodzi robotnicy i inteligenci, a średnia wieku oscyluje wokół 22, 23 lat. Jest to niewątpliwie wielki atut - młodość jest wszak radykalna i ideowa, "jeunesse au coeur de feu", jak śpiewa Vae Victis, ale także całkowicie impulsywna, nieprzewidywalna, niecierpliwa, anarchiczna i spontaniczna - idealny motor rewolucji. "Przynosząca katharsis walka młodzieży wpisuje się w logikę NR - pisał szef Trzeciej Drogi, Jean-Gilles Malliarakis. Właściwa młodości nieskazitelność, przemoc i nieustępliwość przerażają tchórzy". Nie wszyscy akceptują taki stan rzeczy, a zwłaszcza ci, którzy usiłują bezskutecznie skanalizować ogromny rewolucyjny potencjał młodzieży w ramach oficjalnych ugrupowań narodowych czy prawicowych. Jednak nie wszyscy młodzi nacjonaliści chcą być pachołkami reakcji i białymi Murzynami instytucjonalnej skrajnej prawicy. Ambicje większości z nich sięgają wyżej niż bycie młodzieżowym listkiem figowym dla stetryczałych i skostniałych struktur partyjnych czy służenie jako ideowe alibi dla intratnych posad posłów do parlamentu w Strasburgu czy członków rad regionalnych. Młody GUD wymyka się wszelkim kalkulacjom i kontroli, co budzi niechęć w poważnych i dostojnych działaczach narodowych mimo, że to jemu zawdzięczają oni swą egzystencję polityczną. Bo przecież gdyby nie on, to nie zaistniałby ani Ordre Nouveau, ani Front Narodowy, ani PFN, itp. itd. Jeżeli mimo wszystko traktowany jest z należytym poważaniem, to tylko dlatego, że poważanie to, na równi za niezależnością, sam sobie wywalczył na przekór wszystkim i wszystkiemu.

> polityczni żołnierze: W swej awersji do politykierstwa Czarne Szczury zasługują w pełni na miano prawicowych anarchistów. Przejawia się to także w organizacji wbrew posądzeniom o typowy dla klasycznej skrajnej prawicy autorytaryzm. Zbliża ich to paradoksalnie do ich największego obok syjonistów wroga czyli skrajnej lewicy, ale tej prawdziwie kontestatorskiej i antysystemowej, a nie jakiś trockistowskich łowców państwowych subwencji. Ich ulubionym przykładem są hiszpańskie Bazy Autonomiczne z lat osiemdziesiątych, po których rozpadzie połowa działaczy przeszła do ugrupowań skrajnej prawicy, a połowa do skrajnej lewicy. Prowokacyjnie posuwają się nawet do przejmowania części ich symboliki, choć nie stylu, bo "brudasy" nie mają absolutnie żadnego tak istotnego dla nacjonalistów poczucia estetyki.

Te pozorne sprzeczności stanowią schedę po francuskich radykalnych ruchach nacjonalistycznych z lat sześćdziesiątych. "Occident zapoczątkował szereg zasad, które można odnaleźć we wszystkich wywodzących się zeń ruchach począwszy od GUD. Po pierwsze - de facto nie ma szefa. Każdy może być szefem (zwłaszcza szef, rzecz jasna). Silnie podkreśla się zasadę kolektywnego kierownictwa" ("Les Rats Maudits", str. 13). Tak jest do dziś: brak jakiejkolwiek formalnej organizacji czy struktury i nadal obowiązuje niepisana zasada kolektywnego kierownictwa, które podejmuje wszystkie ważne decyzje. "Jesteśmy arystokracją politycznych żołnierzy, w której szeregach wszyscy są równi" - brzmi jedna z ich ulubionych sentencji. Inne często powtarzane zdanie: "U nas nie ma szefów" lub w bardziej żartobliwej formie: "Nasz szef umarł 50 lat temu, taki niewysoki brunet z wąsem", nie oznacza bynajmniej, że panuje całkowita anarchia. Szef jest, ale nie taki, jak w zwykłych organizacjach czy ugrupowaniach. Po pierwsze, nikt go nie wybiera, ale jest to charyzmatyczny przywódca uznany spontanicznie przez wszystkich ze względu na swe zalety, a w pierwszym rzędzie zaangażowanie dla sprawy, formację polityczną i siłę pięści. Ponadto szef musi być trochę wariat, a często jest to ktoś, kto stawia GUD na nogi po krótszym lub dłuższym okresie marazmu. Wokół niego skupia się zwarty krąg najbardziej aktywnych działaczy, tak zwane "twarde jądro" lub nieformalny "wąski komitet" stanowiący owo mityczne kolektywne kierownictwo. Najczęściej są to po prostu studenci lub stali bywalcy kafejki na wydziale prawa przy ulicy Assas. Razem z innymi, którzy nie mogą sobie pozwolić na codzienne rytualne wizyty w tym kultowym miejscu, ponieważ pracują lub mieszkają za daleko i pojawiają się tylko od czasu do czasu na akcjach, tworzą oni aktualne pokolenie. Otrzymuje ono nazwę od aktualnego przywódcy: "GUD z czasów Alaina Roberta", "GUD z epoki Châtillona", "GUD z okresu Williama Bonnefoy".

> ideologia: W tym wszystkim ideologia jest całkowicie drugorzędna. Istnieją oczywiście pewne ogólniki czy slogany, jak ulubiona dewiza "Europa, Młodość, Rewolucja", czy hasła: "Rewolucja narodowa i socjalna", "Przyszłość należy do nas", "Syjoniści mordercy, Amerykanie wspólnicy", ale brak typowego dla partii czy organizacji programu. Gdy zadać Czarnym Szczurom pytanie o fascynacje ideowe, to w odpowiedzi cytują najprzeróżniejsze punkty odniesienia: Druga Wojna Światowa i europejska armia wyzwoleńcza, Saddam Hussajn i nacjonalizm arabski, Pinochet i stadiony, Evita Peron i Che Guevara z krzyżem celtyckim na berecie, Michael Collins i IRA, Palestyńczycy i Intifada, Proudhon i Komuna Paryska, Sorel i "prawdziwy socjalizm", Starship Troopers i Czarny Zakon. Nie oznacza to, że są nihilistami i wszystko im jedno o co walczą, choć ich zamiłowanie do prowokacji sprawia, że niezorientowani mogą odnieść takie wrażenie. Z tego pozornego chaosu da się jednak wyodrębnić pewien wspólny ideał, którego główną osią ideową jest identytaryzm (od francuskiego identité - tożsamość), czyli obrona tożsamości europejskiej, narodowej, regionalnej, kulturowej, cywilizacyjnej, rasowej etc. Dlatego w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, w obliczu sowieckiego zagrożenia i lewackiego zalewu po maju 1968, ich leitmotivem był antykomunizm, niewyszukany, ale brany na poważnie, o czym niech świadczy fakt samospalenia 27-mioletniego Alaina Escoffiera w siedzibie Aerofłotu na Polach Elizejskich 10 lutego 1977 roku. W imię tego zaangażowania toczyły się walki uliczne z lewakami, organizowane były manifestacje w obronie Europy Wschodniej, a nawet (horresco referens!) akcje poparcia dla amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Stopniowo czerwone zagrożenie gasło, a banalny antykomunizm zastępowało hasło "Ani Sowiety, ani trusty" znane również w wersji "Ani Waszyngton, ani Moskwa". 4 marca 1987 roku, a więc dwa lata przed upadkiem muru berlińskiego, miała miejsce historyczna manifestacja pod hasłem "Nie będziemy Palestyńczykami Europy". W obliczu oczywistego bankructwa ideologii komunistycznej, na głównego wroga desygnowano, obok tradycyjnego już imperializmu amerykańskiego, imperializm syjonistyczny w każdej postaci. Był to zwrot radykalny, lecz nie ideowy, a raczej taktyczny. GUD, w odróżnieniu od wielu innych środowisk prawicy narodowej, nigdy nie popierał syjonizmu, ale od zawsze zwalczał wygórowane ambicje polityczne Izraela i diaspory, ale nigdy nie wysuwał tego aspektu na pierwszy plan. Teraz uznano, że międzynarodowy syjonizm w symbiozie z jankeskim dążeniem do światowej hegemonii stanowi główne zagrożenie dla wolności i tożsamości naszych narodów i naszego kontynentu. Wybór ten był ważki w konsekwencje, gdyż pociągnął za sobą zmianę w hierarchii nieprzyjaciół.

04:23, peintre
Link
Na początku była akcja czyli działalność

> wrogowie: GUD nie byłby sobą gdyby miał samych przyjaciół, a ponieważ prowadzi działalność polityczną, musi zgodnie z aksjomatem Carla Schmitta zdefiniować swych wrogów i przyjaciół. Wrogów ściśle politycznych jest dwóch: z powodu historycznego antykomunizmu - wszelkiej maści lewica, a ze względu na zaprzysięgły antysyjonizm - żydowskie organizacje i bojówki. Ze względu na liczebność na pierwszy plan wysuwa się skrajna lewica reprezentowana dziś przez anarchistów z CNT oraz rozliczne środowiska, organizacje i grupy antyrasistowskie typu SCALP, Ras l'Front, Manifest przeciw FN. Ponieważ GUD działa głównie w środowisku studenckim, to styka się przede wszystkim z lewicą uniwersytecką: trockistowskim SUD, komunistycznym UNEF, socjalistycznym UNEF-ID (z którym współpracował swego czasu nasz NZS), antyrasistowskimi grupami typu ASTERIX czy ADN etc. Od czasu do czasu w drogę wchodzi mu także centroprawicowa i liberalna UNI, która w razie przypadkowych nocnych spotkań traktowana jest na równi z lewakami jako dostawca gratisowego sprzętu do plakatowania (profesjonalna rozsuwana szczotka kosztuje nawet 750 złotych). Jednak lewica przeżyła już swe apogeum i to nie sympatyczne długowłose brudasy z dżojntem stanowią realne zagrożenie, a chłopaki w za dużych dżinsach i bluzach z kapturem raczej śmieszą niż denerwują. O wiele groźniejszy jest Betar, nieliczna lecz doskonale zorganizowana i wyćwiczona bojówka syjonistyczna, której korzenie tkwią skądinąd w przedwojennej Polsce. Jego siłą jest techniczne, finansowe i formacyjne zaplecze Tshalu. Armia izraelska przykłada wielką wagę do tego, co dzieje się w diasporze i często jej instruktorzy formują młodych betarowców, którzy w oczekiwaniu na akcje na terytoriach okupowanych zwalczają faszyzm na paryskim bruku. Betar cieszy się ponadto poparciem ze bardzo czułego na głos żydowskiego lobby strony francuskiego establishmentu, co zapewnia jego członkom praktycznie całkowitą bezkarność. Stanowi to kolejny powód, dla którego dla prawdziwych radykałów wrogiem numer jeden jest System. Jego zbrojne ramię czyli policja, a zwłaszcza policja polityczna zwana Renseignements Generaux w skrócie RG, to przeciwnik zupełnie innego rodzaju. Trudno mówić tu o równej walce, a raczej o rywalizacji, o swego rodzaju partyzanckiej grze w kotka i myszkę, gdzie bardziej liczy się spryt, ostrożność i przestrzeganie zasad rewolucyjnego BHP. Z oczywistych względów nie ma co się nad tym rozwodzić. Obok wrogów politycznych istnieje ponadto wróg, którego można nazwać etnicznym. W wyniku niekontrolowanej masowej imigracji z krajów Trzeciego Świata we Francji wytworzył się swego rodzaju kulturowy i etniczny melting pot na wzór amerykański. Jest to nie tyle klasyczna mniejszość narodowa, ale raczej osobna kategoria społeczna zwana racaille (czyli "szumowina", "hołota"), która posiada własne wzorce i obyczaje, jak np. muzyka rap, strój sportowy, narkotyki oraz własne skupiska będące swoistą mutacją nowojorskiego Harlemu, rozsiane po całym Paryżu i przedmieściach. Ich agresywność oraz rewizjonistyczny stosunek do własności prywatnej sprawia, że nasze drogi często się krzyżują, zwłaszcza w weekendowe wieczory. W ten sposób zagorzali rewolucjoniści stają się niekiedy obrońcami ładu i porządku.


> akcje: GUD to grupa rewolucyjna, a więc nie należy zapominać o miejscu jakie w ich życiu zajmuje czyn. Akcje polityczne można podzielić na klasyczne i siłowe, w zależności od celu jaki im przyświeca. Pierwszym celem jest propagowanie idei przy wykorzystaniu najbardziej klasycznych i typowych form propagandy, jak rozklejanie plakatów czy polityczne graffiti. W obu wypadkach odbywa się to nocą, z powodów które łatwo zrozumieć. Nocne plakatowanie, z grą w kotka i myszkę z policją oraz ewentualnymi utarczkami z wchodzącymi w drogę wrogami, stanowi element swoistego folkloru NR. Natomiast w jasny dzień w grę wchodzi rozdawanie ulotek. W ciągu trzydziestu lat istnienia GUD dorobił się kilku jego formuł. Rozdawanie ulotek w klasycznej formie ma miejsce właściwie tylko wtedy, gdy chodzi o wymierne rezultaty np. podczas kampanii wyborczej do samorządów studenckich. Obowiązuje wtedy demokratyczny kamuflaż: rozdający przebierają się za grzecznych chłopców, by zdobyć głosy prymusów, flajt i arafatka zostają w domu, by nie zrazić elektoratu tradycjonalistów, dziewczęta zamieniają dżinsy na spódniczki, a wszelkie rękoczyny są surowo zakazane. Rzadko jednak starcza siły woli, by wytrwać do końca i nie skarcić przykładnie jakiegoś rozzuchwalonego lewaka, który ośmiela się zrywać plakaty lub rzucić ulotkę na ziemię. Poza okresem wyborczym ulotki są tylko pretekstem do zaznaczenia obecności w imię hasła "Ulica należy do nas" i sprowokowania nieprzyjaciół do jakiś działań na widok krzyża celtyckiego, na które możemy odpowiedzieć własnymi metodami. Akcja taka nie trwa zazwyczaj dłużej niż kwadrans, dwadzieścia minut, bo na hasło "GUD" natychmiast zjawia się policja. Nieco poważniejsze są gościnne występy na innych uniwersytetach, gdzie ustalony scenariusz wygląda następująco: zamaskowani osobnicy zrywają lewackie plakaty, rzucane ulotki są jako podpis, po czym następuje ewakuacja często poprzedzana gazem łzawiącym, by utorować drogę odwrotu. Dla pełnego obrazu należy dodać najścia na lokale, ataki na zebrania i mityngi, walki uliczne i gazowanie kin (np. ostatnio propagandowych filmów hollywoodzkich na chwałę US Army typu "Żołnierz Ryan" na znak poparcia dla bombardowanej Serbii). Sporym echem odbiła się niedawna akcja "komanda drwali", którzy w biały dzień siekierą rozprawili się z tablicą propagandową antyrasistowskiego stowarzyszenia ASTERIX, politycznego ramienia Unii Żydowskich Studentów Francji.

> przemoc: Jak widać autorzy tych akcji nie odżegnują się od stosowania przemocy. Co więcej - uciekają się do niej nie tylko w samoobronie, ale także jako środek perswazji w stosunku do politycznych nieprzyjaciół. Zapaleni czytelnicy Sorela powiedzieliby, że jest to doktryna uczenie zwana wiolentyzmem, ale tak naprawdę chodzi tylko o skuteczność. Ich obecny lider tłumaczy to w prostych słowach: "Zdarza się, że uciekamy się do metod, które można nazwać 'młodzieżowymi', jak np. przemoc. Są to metody typowe dla młodych ludzi nie godzących się z otaczającą ich rzeczywistością. Odbiegają od klasycznej działalności politycznej, ale są konieczne. Dziś, aby propagować treści polityczne, przemoc jest niezbędna - i tak naprawdę stosują ją wszyscy." ("Polityka i przemoc", "Reakcja" NR 6/23/ z 21 stycznia 1999 r.). Cel jest raczej psychologiczny, niż doraźny ponieważ lewica dysponuje przewagą liczebną, wobec której niewiele da się zrobić. GUD pragnie pokazać, że ulica wciąż należy do nich, że nacjonaliści nie poddali się, że ich przeciwnicy nie mogą spać spokojnie i że koszmar będzie zawsze ich dręczył, dopóki zostało choć kilku z nich. To proste - trzeba mieć środki odpowiednie do swej polityki i jeśli ktoś głosi hasło "faszyści precz z uniwersytetów!", to powinien być w stanie wcielić je w życie. W przeciwnym razie nie powinien się dziwić.

04:21, peintre
Link
Życie klanu czyli obyczaje
> strój: Choć prawdą jest, że Czarny Szczur to prawicowy anarchista, to ma w sobie też coś z dandysa. Poczucie estetyki jest wyróżnikiem wszystkich narodowych rewolucjonistów, a zwłaszcza chłopców z GUD, na równi z ideologią: można wybaczyć jeśli ktoś nie wie kto to byli bracia Strasser, ale nigdy braku wrażliwości na magię krzyża celtyckiego i hymnu "Les Lansquenets". Na co dzień wyraża się ona przede wszystkim w stroju, estetycznym, ale też funkcjonalnym. Jakie są zatem kanony mody dyktowane przez ulicę Assas?

• Pierwszym i najważniejszym elementem stroju jest tzw. flajt, czyli flight-jacket: czarna lub brązowa skórzana kurtka lotnicza ze ściągaczem w pasie i na rękawach, zwłaszcza kultowej firmy Schott. W latach siedemdziesiątych gdy ten swego rodzaju uniform młodych narodowych rewolucjonistów powszechnie się przyjął, dostrzeżono w nim pewne konotacje chuligańskie. Prasa pisała: "Aktywiści chętnie noszą skórzane kurtki na wzór uliczników z przedmieść i biją się jak oni. Po pasach i trzonkach od kilofa na scenę wkraczają rozkładane pałki i kastety" ("Les Rats Maudits" str. 12). Flajt nosi się nie tylko ze względów estetycznych, ale i praktycznych: solidna skóra jest w stanie zamortyzować nie tylko cios nożem czy pałką, ale nawet strzał ze śrutu z bliskiej odległości. Niektórzy noszą także czarne lub zielone flyersy oraz kurtki Harrington, niezaprzeczalny ślad skinheadowskiej przeszłości niektórych Czarnych Szczurów. Ci z kolei, których korzenie są bardziej "burżuazyjne" dyktują modę w materii strojów wyjściowych i wieczorowych. Chłopcy z ulicy Assas rzadko noszą konwencjonalne garnitury z krawatem, ale marynarki w stylu bawarsko-austriackim, często podobnie jak flajt z czarnym lub granatowym golfem. Jeśli zakładają koszule albo polo czy swetry, to tylko najbardziej eleganckich marek typu Ralph Lauren, Lacoste czy Burberry's. Prawdą jest, że ciuchy z klasą nie są najtańsze, ale dla przedsiębiorczych gryzoni nie stanowi to większego problemu, bo przecież zdarza się niekiedy, że towar spada z ciężarówki. Z mody nie wychodzą też nieśmiertelne marki "londyńskiej młodzieży robotniczej": polo Fred Perry, bluzy Lonsdale czy koszule Ben Shermann nabywane w lubianym sklepie London Style przy bulwarze Grenelle.

• Stroju dopełnia wiązana na szyi bandana, zarazem elegancka i funkcjonalna, bo w razie potrzeby łatwo zasłonić twarz. Ostatnio coraz częściej zastępuje ją arafatka, ani elegancka, choć zdania są podzielone, ani praktyczna, bo w ferworze akcji łatwo się obsuwa odsłaniając twarz. Modę na nią zaszczepił w 1981 Gilbert Dawed, palestyński chrześcijanin, jeden z liderów Federacji Nacjonalistycznych Studentów. Jednak naprawdę popularna stała się dopiero w początkach lat dziewięćdziesiątych, kiedy ówczesny szef przywiózł ich kilka z Damaszku. Nabrała specjalnej wymowy stając się przede wszystkim symbolem antysyjonistycznym i znakiem poparcia dla sprawy palestyńskiej i ogólnie dla nacjonalizmu arabskiego, sojusznika Europy w walce z amerykańskim imperializmem. Znawcy tematu czyli arafatkolodzy rozróżniają trzy podstawowe modele: czarny iracki, czarny palestyński - o cienkich liniach - oraz czerwony, symbol Legionu Arabskiego, który w 1948 roku bohatersko bronił Jerozolimy przed żydowską agresją.

• Do skórzanej kurtki lotniczej szanujący się adept estetyki NR zakłada wyłącznie pasujące spodnie, a więc dżinsy lub sztruksy. Jeśli dżinsy, to Levisy, najlepiej model 501, czarne lub niebieskie, a na lato jasne - białe lub kremowe. Rozmiar szlufek pozwala nosić w charakterze pasa triplex czyli potrójnej szerokości łańcuch od roweru, we wprawnej dłoni oręż zdumiewająco wręcz skuteczny. W prawej tylnej kieszeni, a więc zawsze pod ręką - nieodzowne skórzane czarne rękawiczki, często wzmacniane piaskiem lub ołowiem. Jest to konieczność nie tylko ze względu na odciski palców, ale także na groźbę AIDS u naszych dość niehigienicznych przeciwników politycznych.

• Gdy chodzi o obuwie, to do historii przeszło prześmieszne zdanie pewnej lewicowej dziennikarki: "Faszystów poznaję po butach. Są duże i zwiastują przemoc". Na akcje zakłada się rzecz jasna nieśmiertelne Martensy, ale także buty za kostkę w podobnym stylu firmy Getta Grip lub adidasy Nike, w których łatwo biegać. Na codzień nosi się natomiast obuwie z klasą: kultowe od lat Westony czyli buty marki J. M. Weston (od 2000 złotych za parę!), ale także eleganckie Paraboots lub praktyczne Caterpillar lub Timberland.
M Wyróżniająca młodych NR fryzura to grzywa dumnie powiewająca na wietrze. Choć strzygą się krótko, to nie na subkulturowe zero, co niekiedy zostaje dostrzeżone i docenione. Dał tego dowód pewien skin na koncercie Fraction Hexagone w Chateauroux, mówiąc: "Was to łatwo poznać, bo macie włosy"! Na akcje jako nakrycie głowy przydatna jest zasłaniająca twarz czapeczka baseballowa; preferowane firmy, to Sergio Tacchini, Nike lub Timberland. Często zastępuje ją kominiarka, a w razie konieczności pomalowany na czarno kask motocyklowy z białym krzyżem celtyckim.

• Na wiosnę, wraz z pierwszymi promieniami słońca pojawiają się wyciągnięte z kieszeni nieśmiertelne czarne okulary przeciwsłoneczne marki Ray-Ban, co nadaje całej grupie swoistego kolorytu à la Man in Black. Lato jest okazją, by sięgnąć do szafy po koszulki ze wszelkimi możliwymi motywami, często zakupione we włoskim Predappio lub flamandzkim Dixmude, ale niekiedy także własnego pomysłu i produkcji. Najpopularniejsze nieodmiennie są krzyże celtyckie oraz Czarne Szczury we wszelkich pozach, wariacjach i uniformach, ale także średniowieczni rycerze, legioniści czy spadochroniarze. Swego czasu przebojem był prowokacyjny motyw - a Czarne Szczury wprost kochają się w prowokacjach - z parodią historii militarnej ostatniej wojny w postaci mapy trasy koncertowej Adolf Hitler European Tour. Sporą fortunę robi też firma Terres Celtiques z Grenoble, która oferuje na koszulkach wszelkie możliwe wzory rodem z kultury celtyckiej: krzyże, triskele, irlandzkie harfy, bretońskie herminie etc.

• Często te same wzory pojawiają się również w postaci gadżetów. Krzyż celtycki, runy, młot Thora, Czarny Szczur, symbole różnych ruchów typu Żelazna Gwardia czy Rex, a także symbole różnych dywizji Waffen SS występują w każdej postaci: jako wisiorki, pierścienie, sygnety, wpinki, breloczki, a dla pań nawet kolczyki i brosze. Zapewniam, że jeśli ktoś lubi inteligentne prowokacje niesamowitą frajdą jest towarzyszenie młodej koneserce estetyki NR na wieczór z klasą, najlepiej u młodych katolickich tradycjonalistów, gdy uwagę wszystkich przyciągają jej nader oryginalne kolczyki w kształcie krzyża o nieco wygiętych ramionach. Ulubionym motywem bardziej zdeklarowanych miłośników tej tendencji jest tzw. "orzeł na pedałach" czyli "romantyczna metafora oznaczająca drapieżnego ptaka trzymającego w szponach symbol solarny. Często noszona przez Białe Myszki jako brosza do stroju wieczorowego. Czarne Szczury czynią zeń raczej użytek dekoracyjny przydający indoeuropejskiemu domostwu swoistego charakteru" (Słownik Czarnego Szczura, "Le Rongeur Masqué" n° 2, str. 23).

• Zajrzyjmy im też z ciekawości do kieszeni i do szuflad. Ze szkodą dla stereotypu trzeba stwierdzić, że epoka kijów baseballowych już się skończyła i dziś zastępuje je klasyczna metalowa rurka albo poręczniejszy w użyciu kabel telefoniczny, a nawet zwykły młotek. Nie wychodzi za to z mody kastet lub tzw. francuski kastet czyli karabińczyk. Jeśli chodzi o coś na ostro, to spotyka się jeszcze tradycyjne sprężynowce i baterflajki, a zwłaszcza ceniony ze względu na skuteczność i poręczność push. Pamiętając o paragrafach za posiadanie i noszenie broni czasem wystarcza zwykły cutter do papieru. Z cięższej artylerii, bo i taka niekiedy się przydaje, fighterzy skłaniają się ku takim sprzętom, jak pistolet obronny na gumowe kule zwany gomme-cogne, goliat czyli spray 300 ml z gazem łzawiącym coraz częściej zastępowanym przez żel lub pieprz, a co bardziej złośliwi wyniuchali gdzieś tajemnicze granaty dymne z instrukcją po rosyjsku podbno, jak głoszą plotki, z wyposażenia armii byłego NRD.

> namiętni bibliofile: Czarne Szczury nie ograniczają się tylko do akcji bezpośredniej, ale dużo czytają i kolekcjonują książki. Są stałymi bywalcami u nadsekwańskich bukinistów, zwłaszcza na straganie Patryka niedaleko Notre Dame oraz dobrych księgarni, których w Paryżu nie ma tak znów wiele. Obie, Aencre i La Licorne bleue, są tradycyjnymi miejscami spotkań, a zwłaszcza ta ostatnia, gdzie właściciel Thierry zawsze podejmie gościnnie, otworzy tajemnicze szafki na zapleczu z literaturą dla politycznie dorosłych, pomoże znaleźć ulubiony tytuł antykwaryczny. Wiele ulubionych książek jest dość trudno znaleźć i osiągają one niekiedy zawrotne ceny. Tak jednak już jest, że wielu woli wykosztować się na ulubioną lekturę kosztem pewnych obowiązków towarzyskich, np. piwa. Prezentując ulubionych autorów należy zacząć od Jeana Mabire'a, autora kilkudziesięciu pozycji z dziejów ostatniej wojny, w szczególności wielu monografii alianckich i niemieckich dywizji, w tym francuskiej i walońskiej dywizji SS. Szczegółowiej o losach żołnierzy z LVF, brygady Frankreich i dywizji Charlemagne traktuje Marc Augier, bardziej znany pod pseudonimem St Loup, w swej kultowej trylogii powieści historycznych "Ochotnicy", "Heretycy" i "Nostalgicy". Popularny jest też "Zapomniany żołnierz" ("Le Soldat oublié"), wspomnienia byłego żołnierza Wermachtu z Alzacji, Guy Sajera, który dziś jest rysownikiem i autorem komiksów pod pseudonimem Dimitri. Nie można też zapominać o Leonie Degrelle'u, którego "Kampania Rosyjska" czy "Hitler na tysiąc lat" należą do lektur obowiązkowych, podobnie jak od niedawna dostępne w Polsce "Płonące dusze". Szef Rexa to niezwykle płodny pisarz polityczny i większość jego dzieł to kilkusetstronicowe tomy, jak publikowana od niedawna monumentalna fresk historyczny XX wieku w dziewięciu tomach pod wspólnym tytułem "Wiek Hitlera". Nie należy jednak sądzić, że w gustach literackich młodzi NR kierują się wyłącznie nostalgią bądź sympatiami historycznymi, bo chętnie sięgają również do literatury pięknej. Rozczytują się we francuskich "pisarzach wyklętych", jak Robert Brasillach, Drieu la Rochelle (obaj praktycznie w Polsce nie znani, publikowani jedynie w "Arcanach"), Montherlant czy Céline, ale także europejskich, jak Jünger, Evola, Cioran czy von Salomon. Dla pełnego obrazu należy wspomnieć o esejach politycznych awansowanego przez niektórych na ojca nowoczesnego faszyzmu Maurice'a Bardeche'a, jak "Czasy współczesne", "Sparta i południowcy", "Co to jest faszyzm?" czy pamiętna "Norymberga albo Ziemia Obiecana". Z rzeczy bardziej aktualnych dobrze czyta się powieść pt. "Dzienniki Turnera", która w Polsce niedawno wyszła zupełnie oficjalnie i jest reklamowana w księgarniach jako "Biblia prawicowej ekstremy", a we Francji dostępna jest wyłącznie w samizdacie. Nieodmienną popularnością od momentu opublikowania cieszy się album "Les Rats Maudits" ("Przeklęte Szczury" Editions des Monts d'Arrée, Paryż 1995), czyli sto pięćdziesiąt niesamowitych stron tekstu i zdjęć z historii młodych nacjonalistów 1965 - 1995. Wiadomo, każdy lubi czytać o sobie!

04:19, peintre
Link

> kino i muzyka: Jeśli wspominamy o literaturze, to wypada nadmienić w kilku słowach gusta kinowe i muzyczne. Ostatnio Czarne Szczury doceniły następujące filmy: "Starship Troopers": wybuchowa mieszanka Sparty, Waffen SS i materializmu biologicznego podana w otoczce science fiction opowiada o wojownikach walczących o przetrwanie rasy i broniących swej ziemi przed obcymi; "Michael Collins": biografia założyciela IRA i bojownika o tożsamość własnego narodu rozdartego między realistycznym kompromisem a rewolucyjnym romantyzmem; sympatie dla "Braveheart" i "Teorii spisku" z Melem Gibsonem są oczywiste. Godne miejsce w poczcie ulubionych reżyserów należy się Leni Riefenstahli, a chętnych do obejrzenia jej "Triumfu woli" nigdy nie zabraknie. Warto wspomnieć o kultowym wywiadzie-rzece z Leonem Degrelle pt. "Autoportret faszysty", który Jean-Michel Charlier przygotował w latach osiemdziesiątych jako program telewizyjny cyklu pokrewnym "Rewizji nadzwyczajnej" Bogusława Wołoszańskiego. Niestety, Simone Veil, ówczesna minister w rządzie Chiraca, w ostatniej chwili sprzeciwiła się emisji i od tej pory krąży ona na mniej więcej pirackich kasetach.

Jeśli chodzi o sympatie muzyczne, to gusta są najprzeróżniejsze. Czarne Szczury słuchają naprawdę wszystkiego, niekiedy rzeczy wręcz zaskakujących. Bo czy można wyobrazić sobie polskich nacjonalistów jadących na akcję przy dźwiękach Krzysztofa Krawczyka albo Perfectu? Zaś chłopcy z GUD tworzyli już commando Sardou i commando Sheila, żartem co prawda, ale z nimi przecież nigdy nic nie wiadomo. Gdy dodać fascynacje rockiem lat osiemdziesiątych, typu Indochine albo Telephones, to nic już się nie klei. Niech jednak fani typowej muzyki NR się pocieszą, popularne - nawet bardzo - są także rytmy bardziej odpowiadające stereotypom. Przede wszystkim istnieją własne grupy - w pierwszym rzędzie głośna Fraction Hexagone, złożona z członków GUD z Nicei, ale także grająca w regionie paryskim Ile de France, znana w Polsce ze składanki Narodowej Sceny Rockowej. Lokalny patriotyzm każe wyróżnić z nurtu zwanego francuskim rockiem tożsamościowym (RIF) grupę Elendil, w której na gitarze gra Jack Marchal - jeden z założycieli GUD i współtwórca z nieżyjącym już Olivierem Carré mitycznego pisma "Alternative". Ceniony jest także zespół Vae Victis, bo gra muzykę niekomercyjną i tożsamościową, a jego muzycy są ideowo bliscy. Ze względu na monumentalną oprawę koncertów przypominającą nieco pamiętne Parteitagi oraz sympatyczną estetykę w strojach (czarne koszule!) dużą popularnością od niepamiętnych czasów cieszy się słoweńska grupa z nurtu industrial rock Laibach. Co za tym idzie popularny jest też pokrewny jej francuski AI?N i pochodne od nich zespoły, które znalazły się na składance "Nouvelles Musiques Européennes". Skinostalgia niektórych Czarnych Szczurów oraz duch prześmiewczy innych sprawiają, że wiecznie żywa jest muzyka z gatunku RAC/Oi, a zwłaszcza grupy z jej złotego okresu: Legion 88, Nouvelle Croisade, Evilskin, 9e Panzer Symphonie. Z kolei inni wolą spokojniejsze rytmy typu celtycki, a więc bretoński i irlandzki folk, a nawet muzykę klasyczną ze szczególnym wskazaniem na Wagnera i Carla Orffa.

> życie codzienne - klan: GUD to nie stowarzyszenie, partia czy organizacja, ale prawdziwa wielka rodzina. Może brzmi to patetycznie, ale wspólna walka, gdy niekiedy trzeba stać ramię przy ramieniu naprzeciw o wiele liczniejszego wroga, oraz inne trudne sytuacje i doświadczenie, jak wspólne aresztowania czy więzienie wytwarzają trwałe więzi. Wszyscy ludzie klanu mają coś wspólnego, swego rodzaju rys charakteru, stan ducha, na który składają się zamiłowanie do prowokacji, uszczypliwość, sarkazm, cynizm, szyderstwo i prześmiewczość. Sami określają się mianem mauvais cons (w bardzo wolnym przekładzie "złośliwi chłopcy"), co cytowany już "Słownik Czarnego Szczura" tłumaczy następująco: "pieszczotliwe określenie Szczurów, których głównym, by nie powiedzieć obsesyjnym zajęciem jest szkodzenie na wszelkie możliwe sposoby przeciwstawiającym się nam sukinsynom". Większość ma niewielu przyjaciół poza grupą, ale rekompensatą jest siła wytworzonych tu więzi i prawdziwa solidarność. Przejawia się ona tym, że klasyczna zasada "jeden za wszystkich wszyscy za jednego", to nie jedynie piękna formuła, ale codzienna rzeczywistość. Mowa tu nie tylko o trywialnej pomocy materialnej, typu pożyczka czy przenocowanie, ale także o wsparciu we wszelkiego rodzaju kłopotach, od sercowych i towarzyskich po naprawdę poważne. Dlatego każdy boi się ruszyć chłopaka z GUD, bo wie że automatycznie będzie miał na głowie czterdziestu innych. Jak przystało na klan większość wolnego czasu spędza się razem. Kultowym miejscem spotkań jest wydział prawa przy ulicy Assas nazywany czule "domem", nawet przez tych, którzy tam nie studiują. Do kafeterii w holu na parterze można wpaść o dowolnej porze i zawsze zastanie się kogoś, kto popija tradycyjne capuccino z drugiej maszyny, czyta, robi notatki, gra w karty, rysuje po stołach, śpi lub dyskutuje na tematy aktualne (rzadziej) lub historyczne (częściej). Często, gdy jeden, ewentualnie kilku z nich z tych czy innych powodów nie może się tam pojawić, pozostaje wspólne przesiadywanie w barach i kawiarniach, nierzadko w uznawanych za własne, jak Bar du Palais naprzeciwko St Nicolas zwany familiarnie Chez Mous' czyli "U Mustafy". Wbrew pozorom spędzanie czasu w kawiarniach i restauracjach, to nie trwonienie czasu, ale układanie planów, obmyślanie akcji, podział zadań etc. Często zdarza się, że razem spędzają także weekendy, a nawet wakacje: na obozach treningowych, wyjazdach na tradycyjne europejskie zloty do Predappio i Dixmude, a swego czasu w odwiedziny do Leona Degrelle'a.

Klan w szerszym znaczeniu tworzy, obok solidarności horyzontalnej obecnego pokolenia, także solidarność wertykalna, międzypokoleniowa. Zacząć należy od tego, że towarzysze polegli w walce, czy to w Libanie, czy w birmańskiej dżungli, czy na paryskim bruku, otoczeni są pamięcią. 9 maja co roku odbywają się marsze milczenia ku czci Sebastiana Deyzieu, który padł ofiarą policji podczas antyamerykańskiej manifestacji w 1994 roku. Bogactwem skromnego dziedzictwa które istnieją w postaci swego rodzaju żywej kroniki. Każdy, kto połknął bakcyla Waffen Assas dobrze zna dokonania poprzednich generacji i potrafi z pamięci opisać okoliczności bitwy na ulicy Bara czy podać nazwiska tych ośmiu, którzy spuścili lanie kilkuset lewakom z Nanterre itp. Jest to całkowicie zrozumiałe, bo koty zawsze chcą dorównać dziadkom i każde pokolenie stawia sobie za punkt honoru, by samemu zapełnić kilka przyzwoitych kart w niepisanej kronice Czarnych Szczurów. Pomimo tego wielkiego szacunku, jaki wszyscy oni żywią dla poprzednich pokoleń, nie znoszą wtrącania się w ich sprawy. Każde pokolenie funkcjonuje autonomicznie, a ten kto zdecydował się odwiesić flajt do szafy i odejść z grupy traci prawo do zabierania głosu. Jedynie niektórzy z "kombatantów" sprawują z oddalenia luźny patronat, raczej pomagając w potrzebie niż cokolwiek dyktując.

GUD mówi o sobie "klan", ale inni niekiedy mówią "banda", bowiem wśród ludzi, którzy mają okazję się z nim zetknąć nikt nie pozostaje obojętny. U wrogów, których paraliżuje strach i niepewność jutra budzi rzecz jasna powszechną nienawiść. Natomiast we własnym obozie zdarza się, że Czarne Szczury i ich wybryki spotykają się z sympatią, jednak dość rzadko, trzeba przyznać, zazwyczaj u ludzi dość niezależnych i niepozbawionych poczucia humoru. Jeśli chodzi o nieudaczników z konkurencyjnych młodzieżówek nacjonalistycznych, głównie Frontu Narodowego Le Pena i Ruchu Narodowego Mégreta, to najczęściej zżerają ich kompleksy wywołane przez mit chłopców z Assas i otaczający ich nimb. Regularnie odnoszone sukcesy - pisma nie przynoszące strat, mityngi z frekwencją wyższą od liczby organizatorów, akcje zakończone powodzeniem tam, gdzie inni zebrali baty - kolą w oczy młodocianych aparatczyków i nie przysparzają przyjaciół. Nie pomaga też w tym opisywane już anarchistyczne antypolitykierstwo. Czarny Szczur uważa, że najlepiej przestrzegać własnych reguł (lub ich braku) - pisze jeden z ojców duchowych GUD - a posuwa się w tym tak daleko, że okazjonalnie uprawia swego rodzaju polityczny mercenariat. Ponieważ chłopcy z Assas gdzieś mają podziały i "wielką politykę" zdarza się, że proponują swoje usługi rozmaitym prawicowym organizacjom, z których linią często niewiele mają wspólnego. Rozklejać plakaty dla Le Pena, Megreta czy hrabiego de Villiers? Zgoda, ale nie za darmo i bez niepotrzebnego ryzyka. Na nocne awantury można sobie pozwolić, gdy rozkleja się plakaty z krzyżem celtyckim, a nie trójkolorowy płomień, czy podobizny establishmentowych prominentów. Ponadto część z nich, równolegle z działalnością niezbyt przystającą do demokratycznych kanonów, zapisana jest do takich partii, jak CNI czy CPNT, które pełnią rolę analogiczną do pralni brudnych pieniędzy pozwalając się wybielić przed skokiem w "prawdziwą" politykę. Dziś wielu byłych towarzyszy walki, którzy wybrali drogę rozsadzania Systemu od wewnątrz, pełni ważne funkcje w administracji partyjnej, państwowej i samorządowej. Wbrew pozorom w brzuchu Lewiatana kryje się garstka nacjonalistów, którzy nigdy nie zdradzili swych młodzieńczych ideałów.

> religia: GUD i ogólnie cały nurt NR cieszy się reputacją pogan. Powody tego są różne - często to po prostu estetyka i ornamentyka: Wikingowie, runy i młot Thora. O wiele poważniejszą poszlaką są lektury i fascynacje ideowe pisarzami typu Evola czy Alain de Benoist. Odpowiedzieć wprawdzie można, że Nowa Prawica, a właściwie to, co z niej zostało oferuje dziś najpoważniejszą i najbardziej wyelaborowaną koncepcję ideową, gdyż katolicy uznali za stosowne zamknąć się w zaskorupiałym reakcyjnym impasie. Idee takich umysłów jak Guillaume Faye czy Robert Steuckers wydają się atrakcyjne dla wielu politycznie wyrobionych NR, którzy chcą czegoś więcej niż przeżutej po stokroć papki z Maurrasa i Bernanosa. Ale czy wynika stąd, że to neopoganie? Co w tym jest z prawdy? Dziś śmiesznie jest być poganinem. Poza obchodzeniem solstycjum (przesilenia letniego i zimowego) nie ma żadnych praktyk ani obrzędów. Nie istnieje przecież żadna pogańska religia, którą można by wyznawać i często odwoływanie się do niej stanowi po prostu kamuflaż dla agnostycyzmu lub sceptycyzmu. Jednak w wypadku GUD pozory mylą i nawet jeśli w innych środowiskach o podobnym profilu ideowym przeważają agnostycy, to gros jego działaczy to katolicy, w części nawet tradycjonaliści. Nieprzypadkowo jeden z ulubionych barów znajduje się naprzeciwko kościoła St Nicolas du Chardonnet, parafii Bractwa św. Piusa X, w której cieszy się, co znamienne, o wiele większą sympatią tamtejszych księży niż wiernych. Oficjalnie jest on laicki, to znaczy nie miesza polityki i religii, co obu stronom wychodzi raczej na dobre sądząc po odstraszających przykładach zamieszanych w działalność polityczną niestworzonych bigotów. Przeróżni sublokatorzy zakrystii zarzucają niekiedy niezgodność ideałów NR z katolicyzmem, ale przecież wśród fascynacji ideowych GUD znajduje się między innymi ultrakatolicka Falanga José Antonio, przywódca ruchu Christus Rex Leon Degrelle oraz ks. prałat Mayol de Luppé, kapelan dywizji Charlemegne. Chłopcy z GUD po prostu nie uważają się ani za krzyżowców XX wieku ani za wojowników Odyna w drodze do Walhali.

> kobiety: Jak przystało na grupę prawdziwie NR i wszystko co się z tym łączy, to znaczy stosowanie przemocy, brutalność, pewne ryzyko czy tym podobne, przedstawicielki płci pięknej są nieliczne. Na jedno pokolenie przypada raptem kilka działaczek, które przyjęło się określać terminem Białe Myszki (bo przecież nie Czarne Szczurzyce - jak to brzmi!). Same definiują się następująco: "spadkobierczynie szarych myszek - dziewcząt służących w armii niemieckiej w czasach dawno minionych (snif!) - Białe Myszki, to żeński odpowiednik Czarnych Szczurów. Wynika stąd cały szereg konsekwencji, z których najważniejszy w naszych oczach jest fakt, że jako integralna część klanu Białe Myszki znajdują się pod serdeczną i czułą opieką jego męskiej części." ("Słownik Czarnego Szczura" pióra dwu przeuroczych działaczek GUD zamieszczony w piśmie "Le Rongeur Masqué" no 2, str. 23). Posiadają one swą własną mistykę - włosy rozwiane na wietrze i krzyż celtycki na szyi. Są twarde i niezawodne, nie straszne im wielogodzinne oczekiwanie pod komisariatem na zwolnienie aresztowanych kolegów ani wizyty w więzieniu, gdzie przynoszą pomarańcze, książki i pogodę ducha. Jednak gdy trzeba potrafią zamienić Martensy na pantofelki, dżinsy na wieczorowe suknie, a zaciśnięte pięści na promienny uśmiech. Dziewczyny NR działają razem z mężczyznami i choć ku swemu ubolewaniu nie biorą udziału w walkach ulicznych, to zabierane są na obozy treningowe, a niekiedy na dość gorące akcje. Na przykład policja wciąż poszukuje dwóch romantycznych par w związku z serią proserbskich akcji gazowania kin. Feministki i zwolenniczki równouprawnienia mogą się schować. Razem z nami widuje się także narzeczone facetów z grupy, przynajmniej te najbardziej wytrzymałe psychicznie i do tego pochodzące najczęściej z zewnątrz, bo prawdziwe Białe Myszki dbają o swoją reputację.

...Zdarza się, że zarzucana facetom z GUD przez zawistników swoboda seksualna jest czysto werbalna, a często skrywa frustrację i samotność rewolucjonisty lub jest tego rekompensatą. Trzeba przyznać, że połączenie przeciwieństw, a mianowicie wolnego strzelca i romantyka, dało całkiem niezły rezultat. Typowy dla NR sentymentalizm i romantyzm w połączeniu z reputacją i otaczającym ich mitem wytworzył swoisty stereotyp: gentelman gudard, który równie dobrze radzi sobie z nunczaku na ulicy, co z partnerką na tanecznym parkiecie. ("Hej z wierzchu baranica, a pod spodem smoking" - śpiewali niegdyś Skaldowie). Potęga mitu jest wręcz niewyobrażalna. By się o tym przekonać wystarczy wybrać się na ulicę Assas i poobserwować powłóczyste spojrzenia, które przyszłe prawniczki rzucają postawnym facetom w skórzanych kurtkach lotniczych siedzącym w kafejce po raz kolejny dyskutując jak zmienić świat.

04:17, peintre
Link
Archiwum